Z branżą automotive jest jak z modą. Globalny impet gospodarczy, który wymusza w branży tekstylnej nawet kilka premier kolekcji odzieży w ciągu roku, w motoryzacji odznacza się premierami concept carów, liftingami modeli lub adaptacjami konstrukcyjnymi dyktowanymi przez częstość wydarzeń targowych. To pogoń za konkurencją, pogoń za wymaganiami gustów klientów, szybciej, bardziej ekonomicznie, jeszcze bezpieczniej, więcej elektroniki, w nowej palecie kolorów, nowa bryła… Ale nie w dziedzinie samochodów dostawczych. Tutaj branża caravaningowa jest bezpośrednio zależna od producentów furgonów i baz podwoziowych, a te nie podążają za potrzebą dorównania pięknem najnowszej wizji torebki Versace. Mają „wozić paczki”.
I w tym tkwi pewna bariera rozwojowa branży caravaningowej. Producenci dysponują grupą pojazdów do mdłości poznaną, konkretną gabarytowo. Trojaczki, TGE, Sprinter, Crafter, Transit i kilka urban vanów. To wszystko. Możliwości transformacji jest niewiele, więc producenci kamperów i kampervanów dwoją się i troją, wymyślając nowe koncepcje wnętrz czy malując kolejny, odmienny od poprzedniego wzór paska na budzie. Jeszcze rok–dwa lata temu premier konkretnych modeli pojazdów kempingowych było kilkanaście. W tym roku to już zaledwie kilka zmian aranżacyjnych, nowy kolor ścian, dodanie półeczki… a nawet zauważalna redukcja oferty do konkretnych modeli cieszących się największym zainteresowaniem klienta caravaningowego. Nie da się wymyślić koła na nowo, można więc śmiało powiedzieć, że w tym zakresie branża zderza się ze ścianą.
Może jakiś nowy model dostawczaka? Gdzie tam. Tutaj praktyczność osiągnęła apogeum i od wielu lat podąża ścieżką najlepszego, optymalnego układu dla roboczego pojazdu dostawczego. Szalupą ratunkową byłaby tak oczekiwana zmiana tonażowa „4,25”, otwierająca producentom nowe możliwości konstrukcji zabudów kamperów. Niestety pomimo upływu czasu nadal niewiele konkretów widać na horyzoncie. Rynek pojazdów użytkowych i powiązanych z nim aut kempingowych potrzebuje nowego konceptu.