artykuły

NIEZWYKŁOSTKI
ReklamaBilbord Caravans salon targi 07.07-26.09 Bartek

Syreną (z przyczepą) dookoła Polski!

Syreną (z przyczepą) dookoła Polski!

Miało być dziesięć dni, wyszło jedenaście – w tym czasie dwójka młodych ludzi odbyła podróż Syreną 105L z 1976 roku dookoła naszego kraju. By wyzwanie było jeszcze większe, postanowili podróżować... z przyczepą kempingową! Oczywiście, też musiała być wiekowa, więc wybór mógł być tylko jeden – Niewiadów N-126e!

Przyczepa jest młodsza od swojego ciągnika o dziesięć lat, bo została zbudowana w 1986 roku. Można więc powiedzieć, że łącznie zestaw miał 66 lat! Dwoma pasjonatami olditmerów są Grzegorz Sroka i Artur Samborski. Podróż o długości ponad 3000 kilometrów postanowili odbyć w dniach 25 kwietnia-4 maja br. Ostatecznie wyprawa trwała o jeden dzień dłużej, a całkowity przebyty dystans to 3350 kilometrów, w tym 2900 kilometrów z przyczepą na haku.
Żyjemy w XXI wieku, dlatego wyjazd był relacjonowany na bieżąco na Facebooku. Śledziło go jednak nie tak wiele osób, jak można by się spodziewać (ponad półtora tysiąca „polubień”). I to chyba nie przede wszystkim z niewiedzy o wyprawie, ale raczej z powodu wieku tych, którzy Syrenami sami podróżowali. Przypomnijmy, że ten polski samochód produkowany był w latach 1957-1983, najpierw przez Fabrykę Samochodów Osobowych w Warszawie (w latach 1957-1972), a potem przez Fabrykę Samochodów Małolitrażowych w Bielsku- -Białej (w latach 1972-1983). Łącznie wyprodukowano 521 311 egzemplarzy Syren, w tym najwięcej – bo blisko 350 tysięcy – Syreny 105L. Można więc powiedzieć, że podróż dookoła Polski odbyła się najbardziej reprezentacyjnym modelem tego samochodu!


Początek wyprawy miał miejsce w Krakowie – pod Wawelem.

Początek i koniec w Krakowie
- Holownik, niestety, musieliśmy zmienić, pierwotnie przyczepę holować miała inna Syrena, ale jak się okazało, nie uda nam się jej odpowiednio przygotować do piątku [dnia wyjazdu – przyp. DW], więc zdecydowaliśmy się pojechać Syreną 105L z 1976 roku, zwaną też „jasiową” – mówi z uśmiechem Artur Samborski. – Ten samochód mamy od dwóch lat, a odkupiliśmy go od znajomego. Do podróży samochód nie był specjalnie przygotowywany. Sprawdziliśmy luzy w zawieszeniu i układzie kierowniczym, uzupełniliśmy smar w przegubach.
Termin wyprawy został ustalony: start w piątek 25 kwietnia w Krakowie, a powrót dziesięć dni później – 4 maja w niedzielę. Zatem dziesięć dni na objechanie Polski dookoła!
Skoro wyprawa miała być dookoła Polski, należało udać się z Krakowa na wschód albo na zachód. Grzegorz Sroka i Artur Samborski uznali, że na początek udadzą się na zachód, by – kierując się wzdłuż polskich granic – odwiedzić trzy najdalej wysunięte krańce Polski: zachodni, północny oraz wschodni. W planie był też ten najniżej położony: na Żuławach Wiślanych. Koniec wyprawy musiał mieć miejsce oczywiście w Krakowie, by zamknąć pętlę.

Stylowa deska rozdzielcza Syreny 105 L.

 „Kontrola milicyjna po drodze w Słubicach. Parę papierków z Waryńskim i mogliśmy jechać dalej” – tak podpisali to zdjęcie na Facebooku uczestnicy wyprawy.

W Szczebrzeszynie, gdzie „chrząszcz brzmi w trzcinie”.

Wyprawa w liczbach:
- 3350 kilometrów dystansu całkowitego, w tym 2900 kilometrów z przyczepą na haku;
- 400 litrów spalonego paliwa bezołowiowego o liczbie oktanowej 95;
- 90 gigabajtów materiału filmowego;
- 13 litrów spalonego oleju 2T;
- 13 napotkanych na trasie Syren;
- 12 odwiedzonych województw;
- 10 napotkanych na trasie Syreniarzy;
- ponad 10 tysięcy fotek;
- 5 osób jest w stanie umyć się na stacji paliwowej łącznie za 5 zł i zmieścić się w 30 minutach;
- 4,6 gigabajta zużytych danych pakietowych;
- odwiedzone 3 skrajne, lądowe punkty naszego kraju;
- 1 fotopocztówka z trasy;
- 1 uratowany bielik zwyczajny.

Usterki:
- dwukrotnie rozładowany akumulator (jest już stary);
- spalony żarnik światła mijania (lewy reflektor);
- spalony żarnik światła pozycyjnego w przyczepie;
- wyrwana szafa w przyczepie (na wybojach „autostrady sudeckiej”);
- cztery razy zabrakło paliwa (i w baku, i w kanistrze);
- zapchana dysza wolnych obrotów (jakimś pyłem z komory pływakowej).


Główna ulica Gdańska Wrzeszcza: późnym wieczorem ekipa, do której dołączyła Maryna Filipiak, udaje się do Sobieszewa. To właśnie 30 kwietnia udało nam się spotkać z uczestnikami wyprawy.

Dodatkowe lusterko wsteczne było konieczne, by mieć widoczność do tyłu poza obrysem przyczepy.

Noc z 28 na 29 kwietnia uczestnicy wyprawy spędzili na kempingu w Chałupach, gdzie zostało zrobione to piękne zdjęcie.

Podczas przeprawy promowej w Świnoujściu. Jak widać, Niewiadówka nie była jedyną przyczepą na promie.

Dwóch kierowców i boczne drogi
Pojazdem na zmianę kierowali Grzegorz Sroka i Artur Samborski. Postanowili, że nie będą jechać głównymi drogami, ale tymi bocznymi, lokalnymi, by móc podziwiać nasz kraj, a nie tę Polskę „zza ekranów usytuowanych przy wielkich drogach”. To oczywiście stanowiło dodatkowy element ryzyka, bo – jak wiemy – boczne drogi nie zawsze są w dobrej kondycji, a często nawet w złej. Stąd istniało poważne ryzyko awarii czy nieprzewidzianych okoliczności. Dlatego też, cały bagażnik syreny wypełniły... części zamienne. A czy były potrzebne i czy kierowcy musieli radzić sobie z awariami w trasie? O tym za chwilę.
Dodajmy jeszcze, że obydwaj panowie Syreną jeżdżą już od kilku lat. Podróżują także po Polsce, spotykając się z innymi pasjonatami starszej motoryzacji. Jednak taka wyprawa to coś zupełnie nowego dla każdego z nich.

Z przyczepą i bez
Choć większość trasy odbyła się z przyczepą (prawie trzy tysiące kilometrów), przez 450 kilometrów Syrena jechała bez niej. Dlaczego?
- W trakcie górskiego etapu w kierunku Lądka-Zdroju stwierdziliśmy, że nie ma co katować auta jadąc 30 km/h na drugim biegu i przegrzewać silnika – tłumaczy Artur Samborski. – Postanowiliśmy wykorzystać fakt, że podróżujący wspólnie z nami fotograficy z Skyphoto jadą Volkswagenem Sharanem, który ma hak, by to on na etapie górskim ciągnął przyczepę. Oszczędziliśmy w ten sposób Syrenę, która i tak miała jeszcze długą drogę przed sobą.
W ten sposób podróżowano przez Góry Stołowe, Góry Sowie oraz przez ostatnią część górską w Sudetach. Dodajmy jeszcze, że ekipa ze Skyphoto postanowiła zrobić organizatorom niespodziankę i przejechać z nimi całą trasę!
- Zadbali też o odpowiednie „udekorowanie” swojego auta. Dzięki nim mogliśmy również wrzucać filmy z trasy, które nagrywane były przy użyciu kilku kamerek sportowych GoPro – dodaje Artur Samborski.

Spotkanie w Gdańsku
Z uczestnikami wyprawy udało nam się spotkać w Gdańsku wieczorem w środę 30 kwietnia – niemal w połowie dystansu. Okazało się, że planu podróży nie udaje się wykonać w pełni i że ekipa „ma obsuwę”.
- Z przyczepą po drogach lokalnych jedzie się masakrycznie, to nas kosztuje dużo czasu i nerwów. Jazda jest męcząca, ale oczywiście zmieniamy się z Grzegorzem za kierownicą – mówił nam Artur Samborski.
Zapytaliśmy ile syrena zużywa paliwa w trasie. Okazało się, że z przyczepą 12 litrów, a bez przyczepy 8 litrów (w przeliczeniu na 100 km). Co z noclegami?
- Nocujemy na kempingach, u znajomych, w ogródkach lub całkiem na dziko – mówił Artur. – Spotykamy wielu miłych ludzi, którzy z reguły pozytywnie reagują na nasz widok. Starsze osoby, które same pamiętają jeszcze Syreny, wyrażają podziw dla nas. Młodzi mówią, że jesteśmy wariatami!

Syrena z przyczepą przed molo w Sopocie.

Na trasie
Trasa była długa i podróż nie zawsze odbywała się tak, jak zaplanowano. Dla przykładu, pierwszego dnia udało się przejechać 480 kilometrów, zamiast zaplanowanych 620. Był to odcinek górski, ze wspomnianą już „autostradą sudecką”, na którym stan dróg nie był najlepszy.
1 maja Syrena z przyczepą dotarła do Fromborka oraz na granicę z Rosją w Grzechotkach. „Zdobyła” także najniżej położone miejsce w Polsce, czyli Raczki Elbląskie.
3 maja ekipa dotarła do miejsca trójstyku granic: Polski, Rosji oraz Litwy. Po dniu bez przebiegu, wyprawa była kontynuowana w stronę Suwałk. Po drodze zatrzymano się, by zobaczyć słynne „akwedukty” w Stańczykach. A po wizycie w Suwałkach, udało się także dotrzeć do jednego z punktów uważanych za geograficzny środek Europy, znajdujący się w Suchowoli.
Podczas wyprawy udało się też być na oficjalnym zlocie – VI Bialskopodlaskim Rozpoczęciu Sezonu Motocyklowego oraz Starych Samochodów, na którym uczestników wyprawy przyjęli członkowie Klubu GROM Biała Podlaska – Sekcja Weteranów.
29 kwietnia miała miejsce mała awaria, choć nazwana jest tak trochę na wyrost, bowiem... zabrakło paliwa. Stało się to podczas jazdy drogą graniczną z Niemcami.
- Całe szczęście, że chłopaki ze Skyphoto jechali z nami i miał kto podjechać na najbliższą stację z kanistrem – śmieje się Artur Samborski.

Na wybojach „autostrady sudeckiej” – jak dowcipnie określili ją uczestnicy wyprawy – wyrwana została szafa w przyczepie. Poza tym, stara Niewiadówka spisywała się dzielnie.

Bielik zwyczajny uratowany dzięki ekipie „Syreną dookoła Polski”.

Jak widać, poczucie humoru nie opuszczało ekipy – na zdjęciu Syrena jako taksówka.

Milicja i bielik zwyczajny
28 kwietnia zestaw odbył przeprawę promową w Świnoujściu. Jak się okazało, Niewiadówka nie była jedyną przyczepą na promie (co potwierdza zdjęcie). Natomiast dzień wcześniej było „gorąco”, bo w Słubicach zestaw zatrzymano do... kontroli milicyjnej! Milicyjnym pojazdem była zresztą też Syrena. Parę papierków z Waryńskim [PRL-owskie banknoty o nominale 100 złotych były z wizerunkiem Ludwika Waryńskiego – przyp. DW] i po sprawie.
Tego dnia miała też miejsce inna „przygoda”. Podróżujący zauważyli rannego ptaka – początkowo wzięli go za orła – który okazał się bielikiem zwyczajnym. „Co prawda kosztowało nas to ponad trzy godziny opóźnienia, ale w końcu się udało” – opisali to zdarzenie na Facebooku. – „Dojechały do nas odpowiednie służby i bielika udało się złapać. Ornitolog stwierdził bardzo zły stan zdrowia, ptak był bardzo wychudzony. Trafi teraz do specjalistycznej lecznicy, gdzie się nim zaopiekują”.

Awarie?
Wydawałoby się, że przy tak wiekowym samochodzie awarie mogą zdarzać się częściej niż przy młodszym pojeździe. Oczywiście, wiele zależy od przygotowania pojazdu do wyprawy, ale na naszych drogach różne rzeczy mogą się zdarzyć. A podzespoły samochodu, liczącego prawie czterdzieści lat, mają prawo się zepsuć albo po prostu odmówić posłuszeństwa. Jednak pod tym względem wyprawa przebiegała szczęśliwie.
- Żadna poważniejsza awaria nam się nie przytrafiła – mówił Artur Samborski. – Choć usterki już tak, bo dwukrotnie rozładował się stary akumulator, spalił żarnik światła mijania w lewym reflektorze czy wyrwana została szafa w przyczepie na wybojach „autostrady sudeckiej”. Raz zapchała się też dysza wolnych obrotów, jakimś pyłem z komory pływakowej, a cztery razy... zabrakło nam też paliwa – i w baku, i w kanistrze.
Jak na taką wyprawę, to naprawdę drobiazgi. Wyobraźnia podpowie, że mogło nie wytrzymać wiele elementów – przede wszystkim Syreny, która ciągnęła przez blisko trzy tysiące kilometrów przyczepę po polskich drogach. Widać, że dobrą decyzją było podczepienie przyczepy na „etap górski” do podróżującego wspólnie z organizatorami Volkswagena Sharana.

Podczas zasłużonego odpoczynku.

Powrót po jedenastu dniach
„5 maja o godzinie 23.00 Syrena 105L wróciła do Krakowa, skąd 11 dni temu wyruszyliśmy w podróż dookoła Polski. W zasadzie podstawowy plan został zrealizowany – 10 dni spędziliśmy w trasie nabijając kilometry, natomiast jeden dodatkowy (z bardzo ładną pogodą) wykorzystaliśmy na odpoczynek” – podsumował na Facebooku Artur Samborski. Czyli udało się coś, co od początku wyglądało na szalony pomysł (i takim było!). Dzięki determinacji i młodzieńczej fantazji wyprawa odbyła się i szczęśliwie zakończyła. Ciekawe, co jeszcze wymyślą miłośnicy syreny? Może objazd dookoła Europy...?

Takie były założenia
Tak na Facebooku organizatorzy opisywali założenia swoje wyprawy i jej plan:
„Witajcie! Przedstawiamy „plan” wyprawy i punkty, które chcemy odwiedzić. Naszą podróż rozpoczynamy w Krakowie. W pierwszej kolejności zmierzamy do Pietrowic. W następnym etapie chcemy udać się w okolice Osinowa Dolnego, a dokładniej w najdalej wysunięty na zachód kraniec Polski. Trasę wzdłuż zachodniej granicy chcemy pokonać dość szybko, aby jak najszybciej dotrzeć nad Morze Bałtyckie. Po dotarciu do Świnoujścia chcemy przejechać wzdłuż całego wybrzeża, odwiedzając po drodze najdalej wysunięty na północ, lądowy kraniec Polski w Jastrzębiej Górze, a następnie Półwysep Helski, Trójmiasto, żeby ostatecznie dotrzeć do polskiej stolicy zimna – Suwałk. Nie wykluczamy również jakiegoś dokładniejszego objazdu po Mazurach. Trasę na południe Polski również chcemy pokonać w miarę szybko, odwiedzając okolicę wsi Zosin i z kolei najdalej wysunięty na wschód kraniec Polski. Podróż zakończymy w Krakowie, czyli miejscu, w którym ją rozpoczynaliśmy.
Mamy świadomość, że „plan” jest bardzo ramowy... Trasę będziemy wyznaczać i modyfikować na bieżąco. Jak się łatwo domyślić, z naszym pojazdem rodem z PRL-u po drodze możemy mieć różne przygody”.

Oprac. Dariusz Wołodźko
Zdj.: Artur Samborski


08.07.201425

Jak się czujesz po przeczytaniu tego artykułu ? Głosów: 13

  • 10
    Czuje się - ZADOWOLONY
    ZADOWOLONY
  • 2
    Czuje się - ZASKOCZONY
    ZASKOCZONY
  • 0
    Czuje się - POINFORMOWANY
    POINFORMOWANY
  • 0
    Czuje się - OBOJĘTNY
    OBOJĘTNY
  • 0
    Czuje się - SMUTNY
    SMUTNY
  • 1
    Czuje się - WKURZONY
    WKURZONY
  • 0
    Czuje się - BRAK SŁÓW
    BRAK SŁÓW