artykuły

podrozePODRÓŻE
ReklamaBilbord Ubezpieczenia zadzwon

Podróż do Grecji część piąta

Podróż do Grecji część piąta

Celem naszej wyprawy na kontynent była Perachora, z pozostałościami po dwóch starożytnych świątyniach Hery. Na temat ilości sanktuariów na tym terenie trwa cały czas spór pomiędzy uczonymi: czy były to dwie świątynie, czy tylko jedna.

Nie podejrzewałabym, że jadąc w ten rejon, nie tylko znajdziemy wspaniałe miejsce na odpoczynek, zobaczymy wąziutki przesmyk, przez który morze wymienia swoje wody z jeziorem, ale tak bardzo zachwyci mnie jeszcze położenie zespołu świątynnego. Uroczy przylądek Melangavi zjeździliśmy we wszystkie możliwe strony, za środek lokomocji wykorzystując skuterek.

Loutraki: plaża i ciasteczka…
Jadąc w kierunku Perachory, najpierw musieliśmy przejechać przez Kanał Koryncki, a potem przecisnąć się przez miejscowość uzdrowiskową Loutraki. Używam czasownika „przecisnąć”, bo jest to najodpowiedniejsze określenie. Ta miejscowość wypoczynkowa, niezwykle popularna wśród Greków (między innymi z powodu najstarszego kasyna w Grecji), ma bardzo wąskie, często w przebudowie, zatłoczone uliczki. Nieraz zdarzyło nam się czekać, aż samochód dostawczy wyładuje towar i ruszy dalej, a wraz z nim my i cały sznur samochodów ustawionych za nami. W 1981 roku miasto to znalazło się w epicentrum trzęsienia ziemi i jego obecna architektura jest dosyć nowoczesno-betonowa. Loutraki znane jest także z gorących źródeł, butelkowanej wody mineralnej (najpopularniejsza w Grecji) i kamienistej, długiej plaży. A dla mnie osobiście – z wielu cukierni, gdzie można było kupić wspaniałe, opływające miodem ciasteczka.

ReklamaSródtekstowy YT PC

Podróż do Grecji część piąta 1

Pięć dni nad jeziorem
Po wydostaniu się z miasta, jadąc dalej w kierunku przylądka Melangravi, po lewej stronie drogi zobaczyliśmy jezioro Vouliagmeni, które ma 2 km długości i 1 km szerokości, a głębokość jego dochodzi do 40 m. Zatrzymaliśmy się tuż przy drodze, nad samym jego brzegiem, jakby na końcu prowizorycznego parkingu, który najprawdopodobniej należał do pobliskiej tawerny (N38,0325952; E22,8737181). Z kampera mieliśmy z dziesięć kroków do linii wody. Spędziliśmy tu 5 dni, w międzyczasie których dojechali do nas Basia i Janusz ze swoją menażerią (kot i pies). W wodę zaopatrywaliśmy się w tejże tawernie. Miejsce było wspaniałe, bo w okolicy znajdowało się sporo ciekawych miejsc do obejrzenia. Na wprost naszego miejsca biwakowania, po drugiej stronie jeziora, zauważyliśmy przesmyk, może ze cztery metry szeroki. Po dokładnym przyjrzeniu się mapie stwierdziliśmy, że w tym miejscu mieszają się wody jeziora z morzem. Tuż przy przesmyku, na niewielkim wzniesieniu, jest urocze miejsce, na którym także można się zatrzymać. Niestety, okupowane było już przez kampery z rejestracjami niemieckimi.


Podróż do Grecji część piąta 2
Widok od strony Zatoki Korynckiej na jezioro Vouliagmeni. Tym wąskim przesmykiem oba akweny wymieniają między sobą wodę.

Wokół jeziora prowadzi droga. Kiedy jechaliśmy po niej skuterem zauważyłam, jak kilka dużych ryb wyskakuje ponad taflę wody. Zatrzymaliśmy się i po uważniejszym wpatrzeniu się w toń, zobaczyłam ogromną ławicę malutkich rybek, które w szalonym tempie przemieszczały się grupą, zmieniając często kierunek. Ławica miała jakby wyodrębnione czoło, które prowadziło, a ta reszta płynąca z tyłu, podporządkowywała się nadanemu kierunkowi. Kiedy na drodze leżał kamień, ławica rozdzielała się na dwa ramiona, które szybko, za przeszkodą, łączyły się z powrotem w jeden strumień. Musieliśmy biec wzdłuż brzegu, żeby nadążyć za tym frapującym zjawiskiem. I stąd pewnie te duże skaczące ryby, które pożywiały się mniejszymi. Udało mi się zrobić kilka zdjęć, na których widać w wodzie ciemniejsze punkty złożone z malutkich rybek.

ReklamaŚródtekstowy 2 BookingCamper

Perachora w okresie starożytnym była portem. Rozlokowała się wśród drzew oliwnych, na wysokości 350 m nad Zatoką Koryncką, w odległości 1 km od końca przylądka Melangravi. Świątynię poświęconą Herze Akraja (akron – to najdalej wysunięta w morze część półwyspu) zbudowano na początku VIII wieku p.n.e., a więc w środkowym okresie geometrycznym. Był to niewielki budynek w kształcie prostokąta zakończonego apsydą. Przed wejściem stał, prawdopodobnie, ganek wsparty na podporach (późniejszy prostylos). Jedynie fundamenty były kamienne. Obok świątyni znajdują się pozostałości portyków. Kształt sanktuarium odtworzono na podstawie terakotowego modelu, który znaleziono na terenie późniejszej, doryckiej świątyni, zbudowanej tuż obok. To drugie sanktuarium poświęcone było Herze Limenii (limenia-znaczy port) i zbudowano je w VI w p.n.e. Jednym z okazalszych obiektów na tym terenie jest cysterna, służąca jako zbiornik na wodę, zakończona z obu stron półokrągłymi apsydami. Jej ściany pokryte były nieprzepuszczającym wody stiukiem, budynek nad nią wspierał się niegdyś na filarach, a do środka i na dół prowadziły skomplikowane konstrukcyjnie schody, oparte na specjalnych wspornikach. Heraion to miejsce, które znane jest z mitologii. Podobno to właśnie w tej zatoce Medea, która została przez Jazona porzucona w Koryncie, zabiła dwoje swoich dzieci. Świątynie zostały odkopane w latach 1930-1933 przez Brytyjską Szkołę Archeologii w Atenach pod kierunkiem H. Payne. Wydobyte przedmioty są eksponowane w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Atenach i Muzeum Archeologicznym w starożytnym Koryncie.

Podróż do Grecji część piąta 3

Heraion. Wąski przesmyk, którym statki dopływały do malutkiego portu.

Najpiękniejsza zatoka
Około 3 km za naszym miejscem postoju, jadąc drogą, dojeżdża się do najdalej wysuniętego punktu na przylądku – Ireon. Stoi na nim jedna z najstarszych w Grecji kamiennych latarni. Teren dosyć stromo spada w kierunku morza, trzeba więc uważać, kiedy idzie się skrajem drogi. I właśnie w tym miejscu, na dole, po lewej stronie cypla otwiera się przed nami najpiękniejsza chyba zatoczka, jaką do tej pory widziałam. Z góry widać żółciutki piasek i porozrzucane pomiędzy krzewami ociosane kamienie, które były kiedyś elementami dwóch świątyń poświęconych Herze Akrai i Herze Limenii. Dojść do nich można stromą ścieżką w dół. Wykopaliska nie są ogrodzone, wstęp jest bezpłatny. Można chodzić po całym kompleksie wszędzie tam, gdzie tylko ma się ochotę i kiedy się chce.

Podróż do Grecji część piąta 4

Heraion. Widok z góry na starożytne świątynie Hery Akraia i Hery Limenia. Tutaj wpływały statki, których załoga składała wota w świątyni, żeby zapewnić sobie bezpieczną podróż. Uważam, że jest to najpiękniejsza zatoczka, jaką do tej pory przyszło mi oglądać.

Z prawej strony przylądka, pokusiliśmy się o zejście do samego morza. Ponieważ zrobiliśmy to na przełaj przez rosnące krzaki i wystające pomiędzy nimi ogromne głazy, zejść się, owszem, dało, ale znaleźć drogę, po której można byłoby wrócić na górę, było już nieco trudniej. Tak mocno zaintrygowali nas ludzie, którzy poprzedniego dnia opalali się na dole na ogromnych, płaskich, kamieniach, że też chcieliśmy się tam znaleźć. I byliśmy. Tylko potem długo nie mogliśmy trafić z powrotem na górę… W końcu się udało.

Jak z horroru…
Wracając z przylądka do naszego miejsca biwakowania, warto zatrzymać się na chwilę i po prawej stronie drogi przejść kawałek pod górę do kościółka Świętego Mikołaja. Został on zbudowany ok. 200 lat temu na naturalnym akropolu. Jest to jednonawowa bazylika ze sklepionym dachem, gdzie w środkowej apsydzie znajduje się duży kamień. Któregoś wieczoru namówiłam męża, żebyśmy już po ciemku, podjechali na cypel do świątyni. Przeżycie było niesamowite. Sceny jak z horroru. Szum fal bijących o brzeg, światło z latarni, wiejący wiatr wśród krzaków i…kilkanaście kotów, które chowały się po zaroślach. Ale mi się tu podobało!

Podróż do Grecji część piąta 5

Heraion. Pozostałości po starożytnej cysternie na wodę.

Na chybił trafił
A po półwyspie warto przejechać się także innymi drogami, tak wybierając je na chybił trafił. Urocze są takie wyjazdy wprost przed siebie, po wijącej się w górę i w dół drodze, kiedy nie wiemy, dokąd tak właściwie jedziemy i co zobaczymy za kolejnym zakrętem. A tutaj naprawdę krajobrazy zmieniają się szybko, od wysuszonych przestrzeni zarośniętych fryganą, po przepiękne sosnowe lasy, rozległe pola uprawne, gaje srebrzysto-zielonych drzewek oliwnych. Półwysep w części spłonął w pożarze w 1986 roku, ale przyroda z dużym powodzeniem zdążyła już odrodzić się po tej katastrofie. Kilka razy droga kończyła się nagle przed nami, żeby jako wąziutka ścieżka zniknąć w lesie, gdzie my nie mogliśmy już wjechać (raz próbowaliśmy i skończyło się to dla mnie przejściem piechotą, a dla Sławka pchaniem skuterka).

Podróż do Grecji część piąta 6

Jezioro Stymfalijskie, a tak właściwie to mokradła, prawie całkowicie zarośnięte trzcinami. Otoczone jest pasmami górskimi, które porośnięte są gęstymi lasami.

Jadąc tak przed siebie, bez konkretnego celu, dojechaliśmy do plaży, która składała się z samych kamieni. Raj dla mnie, miłośniczki tych różnokolorowych i różnokształtnych wytworów natury. A jak jest nam cieplutko, kiedy położymy się na tych nagrzanych promieniami słońca kamieniach.

Kuszenie strusiem…
Tuż obok naszego miejsca postoju, natknęliśmy się na kilka strusi mieszkających nieopodal w zagrodzie. Ależ to ogromne ptaszyska! Tak dziwnie nam się przyglądały, wyciągając długie szyje zakończone główką z bardzo – przyznaję – bystrymi oczkami. I mamy kolejny przykład w historii ludzkości, jak Adam dał się namówić Ewie do zerwania zakazanego owocu. Tak długo prosiłam mojego męża, tłumacząc mu, że strusie są nieszczęśliwe, bo wyjadły już naokoło siebie wszystko, co było zielone i jest im smutno, że wyrwaną przeze mnie kępką trawy próbował przez siatkę nakarmić te wielkoludy. Kiedy struś z wielką ochotą złapał za wiązkę, mój mąż odpadł spod wysoko położonego ogrodzenia i dostał niebywałego przyspieszenia lądując na pobliskiej drodze.

Podróż do Grecji część piąta 7

 Przylądek Melangravi. To jedna z takich chwil, kiedy życie wydaje się człowiekowi takie piękne. A jak jest przy tym jeszcze cieplutko.

Po tych kilku dniach odpoczynku, kiedy budziliśmy się rano, bez żadnego planu na ten dzień, (jakie to miłe, kiedy nic nie gna nas do przodu, a upływający czas jakby przestaje mieć dla nas znaczenie), ruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się w stronę Patras, skąd za kilkanaście dni mieliśmy odpłynąć promem do Wenecji.

Stymfalia
Jadąc nadmorską drogą, w miejscowości Kiato skręciliśmy w lewo w głąb lądu, żeby dojechać do Jeziora Stymfalijskiego, gdzie Herakles wykonał jedną z kolejnych swoich prac, polegającą na przepędzeniu z bagien krwiożerczych ptaków. Monstra te miały skrzydła, dzioby i pazury z metalu, a swoimi odchodami zatruwały okoliczne pola.

Podróż do Grecji część piąta 8

Mój mąż karmiący „biednego, głodnego” strusia. Po raz pierwszy zobaczyłam takie wielkie ptaszysko w naturze. Robi wrażenie. Kask na głowie Sławka nie jest dla zabezpieczenia przed ewentualnym atakiem ze strony tego ptaka, tylko jechaliśmy akurat skuterkiem.

Przyznam, że to miejsce jest pełne uroku. Teren co prawda bardziej przypominał wiosenne rozlewiska Biebrzy niż jezioro, ale była to już pora, kiedy na mokradłach zaczął opadać poziom wody. Miejsce to jest ważne ze względu na rozmnażanie się, przelot i zimowanie ptaków wędrownych. Żyje tutaj także bardzo ciekawa, nieduża ryba z rodziny karpiowatych, której nazwa wzięła się od tego miejsca (Pseudophoxinus stymphalicus). Podczas suchej pory, ryba ta tworzy śliską otoczkę wokół swojego ciała i zagrzebana w mule czeka na lepsze czasy.

Podróż do Grecji część piąta 9

Śniadanie nad jeziorem Vouliagmeni. Mieliśmy gościa, który był bardzo cierpliwy, jeśli chodzi o czekanie na swoją kolejkę do jedzenia.

Stymfalia jest płaskowyżem (600 m n.p.m.) otoczonym przez góry. Jezioro, typowo krasowe, rozciąga się w zależności od sezonu, od 3 km do 5 km długości i od 1 do 1,5 km szerokości. Zapełnione jest wodą tylko w okresie zimy i zimowych opadów. Wiosną zaczyna wysychać, pozostawiając po sobie zielone i mokre bagienne tereny. Latem schnie mniej lub bardziej i przypomina brązową, suchą równinę. Co kilka lat jezioro wysycha zupełnie i wtedy okoliczni rolnicy wykorzystują ten teren pod uprawy.

Podróż do Grecji część piąta 10

Ośrodek narciarski Kalavrita Ski Center położony jest na wysokości 1165- 2300 m n.p.m. w masywie górskim Chelmos. Na szczycie widać jeszcze resztki śniegu.

Akwen częściowo zasilany jest przez źródła, a odwadniany przez podziemne strumienie i kanał. W 138 roku, rzymski cesarz Hadrian zlecił wykonanie wodociągu o długości 100 km, który przez kilka wieków zaopatrywał w wodę starożytny Korynt. Nadal istnieją w dość dobrym stanie dwa kanały, dostarczające wody z rzek, których ujście znajduje się w pobliżu miasta Kiato. Specjalnie dla turystów przygotowana jest ścieżka, którą wyrąbano w gęstych i wysokich zaroślach. Ze wzgórza roztacza się widok na pobliskie pastwiska i stada pasących się i pobekująco-podzwaniających kóz. Po drugiej stronie drogi przygotowane jest miejsce na odpoczynek. Około 1225 roku grupa frankońskich mnichów cysterskich wybudowała na płaskowyżu w pobliżu jeziora klasztor. Porzucone ok. 1276 roku opactwo Zaraka, stanowi jeden z najbardziej interesujących obiektów chrześcijańskiej gotyckiej architektury klasztornej w Grecji. Obecnie pozostały z niego tylko romantyczne ruiny, badane po raz pierwszy w 1920 roku przez szkockiego architekta.
Rzadki motyl nad Styksem
Znad jeziora wybraliśmy się w dalszą drogę, a celem naszym były jaskinie Spilio Ton Limnon, leżące niedaleko Kalavrity. Jadąc w tym kierunku zbliżaliśmy się do potężnego masywu górskiego zwanego Chelmos, albo Aroania (najwyższy szczyt z obserwatorium astronomicznym to Chelmos 2355 m n.p.m.). W pobliżu szczytu znajduje się 200 m wodospad Mavroneri (Czarna Woda), z którego bierze początek potok o nazwie Styks. I tu znowu spotykamy odwołanie do mitologii greckiej. Styks jest bowiem imieniem nimfy, córki boga Okeanosa. Jest ona opiekunką rzeki w Hadesie, podziemnym świecie, przez który musiał przeprawić się każdy zmarły. Prowadził go starzec Charon, który za swoją usługę pobierał od zmarłego jednego obola, wkładanego do ust zmarłemu przez rodzinę. Starożytni przypisywali wodzie z tego strumienia właściwości szkodliwe dla zdrowia.

Podróż do Grecji część piąta 11

Bardzo często zaopatrujemy się w wodę w takich przydrożnych miejscach, które są ogólnie dostępne. I tu po raz kolejny przydaje się magiczna skrzyneczka mojego męża, który wozi w niej, nauczony doświadczeniem, różne końcówki do kranów.

Regiom górski Chelmos jest botanicznym rajem z ponad 1500 gatunkami roślin, spośród których aż sześć jest lokalnie endemicznych. Tylko na tym terenie, na wysokości pomiędzy 1100 a 1800 m n.p.m., występuje motyl o niebieskim ubarwieniu (Agrodiaetus iphigenia). Już wiem, że musimy w ten rejon koniecznie wrócić, żeby zobaczyć wodospad i początki rzeki Styks. A może uda nam się natrafić na tego rzadkiego motyla?

Kliny pod kamperem
Na nocleg zatrzymaliśmy się tuż przy drodze na niewielkiej polance (N37,8559000; E 22,2481700). Tak blisko było nam do spadku z góry, że mój mąż postawił pod koła kampera kliny, żebym czuła się bardziej bezpiecznie. Mam wrażenie, że w nocy nie przejechał tą drogą ani jeden samochód. Rankiem, po otworzeniu okna, zobaczyliśmy przepiękny widok. Znad doliny unosiła się mgła i widać było, jak majestatycznie wędruje do góry, a w dole pojawia się słońce. Jadąc dalej, zatrzymaliśmy się przed jaskinią Spilio Ton Limnon (Jaskinia Jezior), która położona jest na wysokości 827 m n.p.m. Pomimo drogich biletów (wstęp kosztuje 12 euro), jaskinia warta jest obejrzenia, choć widziałam ciekawsze podziemne twory natury (np. opisywana przeze mnie w części 2 jaskinia Spilia Dirou). Znajduje się w niej ponoć 14 jeziorek, ale tylko dwa są obecnie udostępnione do zwiedzenia.

Podróż do Grecji część piąta 12

Bardzo częsty widok na drodze w Grecji. Kiedy przejeżdżaliśmy obok, gestem zostaliśmy zaproszeni do napicia się mleka. W oddali widać jeszcze poranne mgły, które unoszą się znad doliny.

W okresie starożytnym, ta trójpoziomowa jaskinia była korytem podziemnej rzeki. Płynąca w jej wnętrzu, nasycona związkami mineralnymi woda, spływając w podziemne korytarze, natrafia na naturalne tamy i w ten sposób tworzy we wnętrzu groty cały szereg tarasowo ułożonych jeziorek, które otoczone są stalaktytami i stalagmitami. W okresie topnienia śniegów, kiedy podnosi się poziom wód gruntowych, akweny te zmieniają się w wodospady. Pierwszą zwiedzaną salę upodobały sobie nietoperze, których żyje tu podobno aż pięć gatunków. Jaskinia nie jest jeszcze do końca zbadana (wiadomo jedynie, co mieści się na odcinku 1980 m). Przewodnik, opowiadając o tych naturalnych tworach przyrody w języku greckim, oprowadza nas po 350 m jaskini przeznaczonych do zwiedzania.

Klasztor i kozy
Do klasztoru Agia Lavra, zbudowanego w 961 roku, dotarliśmy w porze obiadowej. Było to chyba nam odgórnie pisane, bo jadąc drogą natrafiliśmy na urocze miejsce, gdzie można było nie dość, że spokojnie poczekać, to jeszcze było takie ładne, że zdecydowaliśmy się na pozostanie tam na noc (N38,0126963; E 22,0760283). Pod rozłożystym dębem zjedliśmy obiad, a potem był czas na zajęcia własne, czyli czytanie książek i popołudniową drzemkę. Jakże ogromne było nasze zaskoczenie, kiedy bardzo wczesnym rankiem następnego dnia okazało się, że przez przypadek znaleźliśmy się na drodze, którędy przepędzano kozy na pastwisko. I nagle, nasz kamperek znalazł się w otoczeniu kilkudziesięciu głośno bekaniem wyrażających swoje niezadowolenie kóz. Mocno jeszcze zaspana wyjrzałam przez okno, a tu powitał mnie uśmiechnięty i machający nam młody człowiek. A ja już myślałam, że ktoś na nas nakrzyczy. Proszę, to jest przykład mojego „pozytywnego” nastawienia do życia. A może to Grecy są tacy bezproblemowi?

W pięknie witającym nas porannym słoneczku, usiedliśmy sobie pod rozłożystym dębem do śniadania. Potem, już po raz drugi, podjechaliśmy na parking pod klasztor Agia Lavra.

Katarzyna Binder
Zdjęcia: Katarzyna i Sławomir Binder


28.05.20091