artykuły

podrozePODRÓŻE
ReklamaBilbord - bookingcamper zacznij zarabiac
Maroko. Van life’owa ziemia obiecana?

Maroko. Van life’owa ziemia obiecana?

Czas czytania 8 minut

Gdy w zeszłym roku zniesiono w Maroku wszystkie obostrzenia, wiedziałam, że to będzie nasz kolejny kierunek podróży. Nie tylko my mieliśmy chrapkę na van life w tej części świata – wraz z nami i kilkoma polskimi ekipami jest tu mnóstwo kamperów, głównie z Niemiec i Niderlandów.

Kiedy piszę ten artykuł, właśnie mija pierwszy miesiąc naszej marokańskiej przygody, a ja – sącząc miętową herbatę – zastanawiam się, jak ubrać w słowa wszystkie te kontrasty, których tu doświadczam. Maroko w opowieściach wielu vanlifersów brzmi jak kamperowa ziemia obiecana. Ale czy rzeczywiście nią jest? Zapraszam na subiektywną wycieczkę po 4 tygodniach aklimatyzacji w Afryce.

Ziemia kontrastów 
Maroko wzbudza wiele emocji – zarówno wśród tych, którzy już tu byli, jak i tych, którzy dopiero planują ten kierunek. W internecie można trafić na setki ostrzeżeń i… tyle samo zachwytów. Nic dziwnego, by się tu dostać, musimy opuścić dobrze nam znaną Europę i promem przeprawić się do Afryki, kontynentu, gdzie panują inne zasady i kultura. Maroko jest monarchią konstytucyjną, jednak, mimo że władzę sprawują tu rząd i parlament, ostatnie słowo zawsze należy do króla. To państwo, w którym panuje wolność religijna, a jednocześnie 98% mieszkańców wyznaje islam.
Marokańczycy nie są jednorodną grupą narodową – mieszkają tu potomkowie Arabów, Amazigh, czyli Berberów, Żydów oraz niemała grupa Europejczyków – szczególnie Francuzów, ponieważ do lat 50. XX wieku Maroko było francuską kolonią. Dodatkowo do większych miast za pracą i lepszym życiem przyjeżdżają ludzie z całej Afryki. Maroko jest prawdziwym tyglem, gdzie mieszają się wszelkie skrajności. Tuż obok przepychu nowoczesnych dzielnic, zachwycających zdobień meczetów czy budynków oficjalnych urzędów, w oczy kłuje bieda, jakiej nie spotkamy już w Europie; widok żebrzących, chorych ludzi czy wychudzonych, głodnych zwierząt wpisuje się w codzienny krajobraz. Piękne wybrzeża oceanu czy bezkresne pustkowia zanieczyszczone są przez góry śmieci. Ludzie z jednej strony są uśmiechnięci i gościnni, jednak jeśli po rozmowie ze sprzedawcą nic nie kupimy, możemy spotkać się z niechęcią. To tylko kilka przykładów, które mogłabym mnożyć po pierwszym miesiącu pobytu na marokańskiej ziemi. Dziś jednak chciałabym skupić się na konkretach, a swoje odczucia zostawię na kolejny artykuł, gdy będę bogatsza o doświadczenia po kolejnych 2 miesiącach podróży.

ReklamaŚT - biholiday 06.03-31.05 Sebastian
Van life’owa ziemia obiecana…
Za nami dopiero część trasy, którą zaplanowaliśmy, ale już teraz mogę powiedzieć, że van life w Maroku jest również pełen kontrastów. W północnej części, na wybrzeżu od Asila do Al-Dżadidy, nie jest łatwo znaleźć miejscówkę na dziko. Oczywiście nie jest to niemożliwe, jednak często wieczorem pojawia się policja lub miejscowi, którzy proszą nas o przeparkowanie. Argumentem jest zawsze nasze bezpieczeństwo. Zazwyczaj byliśmy więc zmuszeni do stawania w mieście na płatnych parkingach. Zresztą w miastach praktycznie każde miejsce jest płatne; czasami są oficjalne znaki, a czasem po prostu zjawia się ktoś, kto chce zarobić albo opiekuje się danym terenem. Na szczęście nie są to duże sumy – samozwańczemu stróżowi wystarczy 5–10 dirhamów (2–4 zł), na strzeżonym parkingu w Rabacie, stolicy Maroka, musieliśmy zapłacić 135 dirhamów za dobę, czyli 54 zł. Jadąc na południe, sytuacja się trochę rozluźnia. W okolicach miasteczka Oualidia wybrzeże jest na tyle rozległe, że nie mieliśmy najmniejszych problemów z nocowaniem na dziko. Podobnie jest, gdy wjedzie się w interior.
Jeśli chodzi o kempingi, to sporo znajdziemy na wybrzeżu. Ceny są różne i w zależności od standardu wahają się w okolicach 100 dirhamów za noc (około 40 zł). Na kempingu jest oczywiście dostęp do wody i zlewni nieczystości. Natomiast ciepła woda nie jest regułą. Będąc gośćmi kempingu, bez problemu zrobimy serwis, jednak jeśli przyjeżdżamy z zewnątrz, może się zdarzyć, że nie dostaniemy na to pozwolenia, nawet jeśli będziemy chcieli zapłacić. Wtedy pozostaje szukać stacji benzynowych z łazienkami bądź korzystać z toalet publicznych. 
ReklamaMaroko. Van life’owa ziemia obiecana? 2
Kamperplaców czy miejsc serwisowych jeszcze nie spotkaliśmy. Wodę można również czerpać ze specjalnych kranów, które znajdują się w niektórych miastach lub przy drogach. Wszystkie takie miejsca można odnaleźć w aplikacji park4night. Nie polecamy czerpać wody na stacjach benzynowych – zazwyczaj jest to woda słona, o czym nasz zbiornik zdążył się już przekonać…

Maroko. Van life’owa ziemia obiecana? 3
Okolice Oualidia, gdzie tworzą się laguny

Maroko. Van life’owa ziemia obiecana? 4
Meczet Hassana II w Rabacie

Dla kogo Maroko może nie być spoko…
Na pewno wyjazd kamperem do Maroka odradziłabym osobom, które dopiero zaczynają van life. Rzeczywistość jest tu intensywna i zupełnie inna niż w Europie, dlatego niełatwo będzie odnaleźć się tym, którzy nie czują się zaprawieni w bojach. Znalezienie miejscówek i serwisów nie należy do najłatwiejszych, co może frustrować początkujących vanlifersów.
Niełatwo mają również introwertycy, którzy cenią samotność, ciszę i spokój. Żeby cokolwiek tu załatwić, trzeba rozmawiać z lokalsami. Wyzwaniem może być również przyjazd do Maroka z psem, a to ze względu na ogromną liczbę bezpańskich zwierząt, które są mocno terytorialne. Człowiekowi nic nie zrobią, jednak jak zachowają się wobec psa intruza? Nie chciałabym się przekonywać.
Oczywiście to jedynie moje subiektywne odczucia, a nie bariery, których nie da się pokonać. Jeśli czujecie gotowość, ciekawość i potraficie wyjść ze swojej strefy komfortu, polecam doświadczyć tego kierunku świata!

Maroko. Van life’owa ziemia obiecana? 5
Mauzoleum Muhammada V w Rabacie

Co z bezpieczeństwem?
Przygotowując się do tej podróży, przeczytałam setki ostrzeżeń, czego się wystrzegać i na co uważać, jednak mam wrażenie, że są one mocno przesadzone. Oczywiście należy zachowywać środki ostrożności i nie zapuszczać się w szemrane okolice, ale nie dajmy się zwariować. Może i w Marrakeszu zdarzają się kradzieże czy oszustwa, jednak po miesiącu podróży – odwiedzeniu Rabatu, Casablanki i innych większych czy mniejszych miejscowości – mam wrażenie, że turyści są tu dość bezpieczni. W codziennych sytuacjach czujemy, że Marokańczycy o nas dbają, są bardzo pomocni, a widząc naszego kampera w mniejszych miejscowościach, uśmiechają się i machają. Często podchodzą, zagadują – są ciekawi, ale na pewno nie wrogo nastawieni. Wbrew temu co opowiadali nam inni, nie zawsze mają w tym interes. Gościnność leży w ich kulturze i można to na co dzień odczuć. W Maroku turystyka jest bardzo ważną gałęzią biznesu, więc czujemy się tu w pewien sposób chronieni.
Mam nadzieję, że tym krótkim wstępem zachęciłam was do odkrywania Maroka. W kolejnym numerze „Polskiego Caravaningu” wrócę z garścią porad i inspiracji oraz zapewne nowymi refleksjami. Niebawem opuszczamy wybrzeże, ruszamy w stronę gór i pustyni oraz ukrytych między nimi miasteczek. Do przeczytania!

Jak dostać się do Maroka z Europy?

  • Europejczycy wjeżdżają do Maroka na podstawie ważnego paszportu i mogą przebywać tutaj do 90 dni w celach turystycznych.
  • Aby przetransportować kampera, macie do wyboru kilka opcji promowych. Najtańszą będzie wypłynięcie z Hiszpanii, z Algeciras, do portu w Ceucie albo w Tangerze. Mogę śmiało polecić miejsce, gdzie kupiliśmy bilety: Viajes Normandie w Algeciras. Nasz bilet kosztował 260 euro za 2 osoby i kampera do 3,5 t. Jest to tzw. bilet otwarty, więc mieliśmy wyznaczoną datę i godzinę wyjazdu, a na powrót z Ceuty do Europy mamy rok od daty zakupu.
  • Istnieją też oczywiście inne możliwości – można wypłynąć z Francji lub Włoch. Jednak ze względu na dłuższy dystans bilety są droższe, chociaż czasem może się to opłacać, ponieważ oszczędzamy na paliwie. 

kampeRADY

  • Warto zabrać ze sobą proszek do uzdatniania wody, który można wsypać do zbiornika, jeśli zdarzy się czerpać ją z niepewnego źródła.
  • Koniecznie zabierzcie płyn do toalet (tutaj raczej go nie kupicie) oraz wąż gumowy do tankowania wody z uniwersalną końcówką, którą można nałożyć na kran.
  • Przed wyjazdem polecam zacząć zażywać prebiotyki. W Maroku panuje inna flora bakteryjna, co turyści odchorowują czasami po kilku dniach pobytu, dotyka ich tzw. klątwa faraona. Warto też z tego względu zabrać ze sobą leki na biegunkę, np. węgiel, oraz elektrolity. 
  • Pamiętajcie, że do Maroka nie można wjeżdżać z dronem. Oczywiście niektórzy próbują obejść ten zakaz i np. rozkręcają go, ale my nie chcieliśmy ryzykować.
  • Warto zabrać ze sobą kartę typu Revolut i w większym mieście wypłacić gotówkę. Rzadko można tu płacić kartą, a w mniejszych miejscowościach jest problem ze znalezieniem bankomatu. 
  • Polecam wyłączyć transmisję danych w telefonie, ponieważ przelicznik jest bardzo niekorzystny. Najlepiej zaraz po przyjeździe kupić lokalną kartę z internetem, ale o tym napiszę w kolejnym artykule. 
  • Warto nauczyć się kilku podstawowych zwrotów po francusku, ponieważ ten język jest tu używany częściej niż angielski. 
  • Z Europy warto zabrać alkohol, ponieważ w Maroku jest mniej dostępny i dużo droższy, a jest to mile widziany prezent wręczany w ramach podziękowania. Polecam też kupić zapas czekolady, ponieważ marokańska nie jest zbyt dobra. 
  • Jeśli planujecie dłuższy wyjazd i macie swoją ulubioną kawę, kupcie zapas; na przykład lavazza jest tu 2 razy droższa niż w Europie.

Katarzyna Gawlas

Artykuł pochodzi z numeru 2 (110) 2023 r. magazynu „Polski Caravaning”.

Chcesz być na bieżąco? Zamów prenumeratę – teraz jeszcze taniej i szybciej.


Administrator14.08.2023
Obserwuj nas na Google News Obserwuj nas na Google News