
Podróżowanie kamperem daje nam mnóstwo komfortu i niezależności. Nie spieszymy się. Jeśli spodoba nam się jakieś miejsce, zostajemy w nim dłużej. Śpimy zawsze na dziko, gotujemy własne posiłki i posiadamy łazienkę z prysznicem i toaletą. Kamper to nasz prawdziwy mobilny dom.
Pakujemy się tylko raz i nie musimy ograniczać się do dwóch plecaków lub walizek. Najwięcej czasu spędzamy na łonie natury. Staramy się, aby jak najczęściej mieć piękny widok za oknem.
Tocząc się na czterech kołach z prędkością 80 km/h, w dwa lata odwiedziliśmy już około 30 krajów na trzech kontynentach. Jednak tylko jedna podróż wywarła na nas wielkie wrażenie i wciąż odczuwamy jej skutki.

Jeden z dzikich noclegów nad oceanem w Maroku
Dokładnie rok temu marzyliśmy o kolejnej zimie spędzonej w ciepłych krajach. Byliśmy już na Bałkanach i w Turcji. Drugi raz za cel obraliśmy przeciwny kierunek – Afrykę. Jesteśmy ludźmi, którzy poszukują przygód i kolorowych wspomnień. Europa, choć piękna, wydawała nam się zbyt przewidywalna i zatłoczona. Postanowiliśmy sprawdzić, jak daleko dojedzie nasz stary kamper oraz czy poradzimy sobie w krajach o odmiennej kulturze i zwyczajach.
Najprostsza droga do Afryki wiedzie przez Maroko. Kraj nam znany, już kiedyś odwiedziliśmy w nim najbardziej ikoniczne miejsca, ale jeszcze nigdy nie byliśmy tam kamperem.
Aby wjechać do Maroka, niepotrzebna jest wiza ani obowiązkowe szczepienia. W dodatku jest to bardzo przyjazny kraj dla turystów i podróżników, choć panuje w nim zdecydowanie inny klimat niż w Europie. Było dla nas komfortowe, że wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać, przyjeżdżając tam drugi raz. Maroko jest mostem między Europą a Afryką, dobrym krajem do oswojenia się z różnicami kulturowymi. To arabska egzotyka z europejskim sznytem. Ma zachwycające widoki i naturę, niesamowity ocean, majestatyczne góry i bajkową pustynię, a do tego kolorowe miasta przepełnione tradycją i kulturą. Skorzystaliśmy ze wszystkiego, a potem pojechaliśmy dalej na południe, w stronę przygody i nieznanego.
Chcieliśmy zobaczyć zachód słońca na zachodzie Sahary Zachodniej i przekonać się, jak tam jest. Większość odradza wjazdu na jej terytorium, ponieważ Sahara Zachodnia ma nieustalony status międzynarodowy. Na jej terenie znajduje się najdłuższy na świecie pas min lądowych i liczne jednostki wojskowe. Ruch niepodległościowy Polisario rości sobie prawa do tych ziem, choć to Maroko uznało Saharę za integralną część swojego państwa i okupuje większość jej terenu.
W Afryce oglądaliśmy najbardziej spektakularne zachody słońca

Szafszawan – piękne niebieskie miasto w Maroku

Najbardziej lubimy powolne, spokojne poranki w kamperze

Burza piaskowa na Saharze

Jadąc wzdłuż pustyni, widzieliśmy setki wielbłądów

Zaparkowaliśmy na Saharze Zachodniej w miejscu, z którego przepędziło nas wojsko
Na Saharę wjechaliśmy w cieniu burzy piaskowej, która trwała już kilka dni. Klimat burzy wpasował się idealnie w nasze wyobrażenia tego pustkowia. Utknęliśmy w kamperze, na zewnątrz wychodziliśmy tylko w goglach narciarskich. Piasek wdzierał się do środka przez każdą szparę. Musieliśmy zakleić okna dachowe taśmami, aby nie wpadał nam do jedzenia. To było interesujące, a jednocześnie wymagające doświadczenie. Doceniliśmy, że choć mieszkamy w samochodzie, jesteśmy samowystarczalni i mamy w nim kuchnię i łazienkę.
Opinii o tym, że na Saharze Zachodniej jest niebezpiecznie, nie brakuje, ale my nie czuliśmy tam zagrożenia ani ze strony mieszkańców, ani wojska, nawet gdy mieliśmy z nim styczność, gdy przypadkowo zaparkowaliśmy na terenie zagrożonym zaminowaniem. Tak przynajmniej zrozumieliśmy mówiącego po francusku żołnierza.
Nie będziemy czarować, wcale nie było łatwo dostać się do kolejnego kraju. Musieliśmy najpierw pokonać granicę. Procedury po marokańskiej stronie zajęły nam ponad trzy godziny i kilka zbędnych kontroli, jednak najciekawsze było dopiero przed nami. Granica mauretańska okazała się najgorszą i najbardziej skorumpowaną, na jakiej kiedykolwiek wcześniej byliśmy, i reguły były dalekie od europejskich standardów. Na każdym kroku proponowano nam łapówki za wcześniejsze przeprowadzenie nas przez formalności, których było mnóstwo. Nie panowały żadne zasady, wszystko zależało od dobrej woli policjanta albo urzędnika. Musieliśmy pilnować siebie nawzajem i naszych paszportów, które często znikały nam sprzed oczu, i wszystkich innych rzeczy, a do tego kampera. Po pięciu godzinach i 14 punktach kontrolnych w końcu przejechaliśmy przez granicę zupełnie nowego kraju.

Mieszkańcy Mauretanii byli bardzo zainteresowani nami i kamperem

Pierwsze tankowanie wody w Mauretanii

Na ulicach Mauretanii nie obowiązywało zbyt wiele zasad ruchu drogowego

Raj na ziemi – oaza Terjit
Do tej pory o Mauretanii wiedzieliśmy niewiele. Większość tego kraju to pustynia, jedna trzecia dróg jest tam nieutwardzona. Jej powierzchnia to ponad 1 mln km², które zamieszkuje tylko 5 mln mieszkańców – to tak, jakby mieszkańcy województwa mazowieckiego zamieszkiwali Polskę, Niemcy, Austrię i Włochy razem wzięte. Ponad połowa ludności żyje w ubóstwie. Mauretania jest znana przede wszystkim z jednego – to tam jeździ najdłuższy i podobno najniebezpieczniejszy pociąg z rudą żelaza. Jak mogliśmy nie spróbować się nim przejechać?
Zwłaszcza że już po kilku dniach w Mauretanii zdecydowaliśmy, że mimo wielkich chęci nie jedziemy dalej na południe kamperem. Zawróciliśmy z drogi do Senegalu przez zły stan dróg. Kamper to także nasz dom, dbamy o niego, a totalne pustkowia i dziurawy asfalt nie były naszymi sprzymierzeńcami.
Najpierw jednak musieliśmy znaleźć bezpieczne schronienie dla naszego domu na kołach. Użyliśmy znanej chyba każdemu kamperowiczowi aplikacji park4night, choć zasięg jej pinezek mocno ograniczył się już na Saharze Zachodniej. Znaleźliśmy jedno miejsce, w którym na kilka dni zostawiliśmy nasz kamper – hotel z płatnym parkingiem.
Do tej pory nocowaliśmy na dziko, na obrzeżach miasta Nawazibu nad oceanem. Tam było spokojniej, nikt nie patrzył na nas jak na potencjalne źródło gotówki, było nieco czyściej, a nawet znaleźliśmy kranik z wodą do kamperowego zbiornika. Czuliśmy się bezpiecznie, liczyliśmy na dobre intencje u innych, z taką samą energią podróżowaliśmy my. Rozmawialiśmy z lokalsami, robiliśmy zakupy spożywcze, obserwowaliśmy codzienne życie, czasami wchodziliśmy w interakcje z dziećmi, które były bardzo zainteresowane nami i kamperem. Do centrum przyjeżdżaliśmy tylko w konkretnych celach. Skorzystaliśmy z tego, że Nawazibu jest jednym z dwóch miast w Mauretanii, w których znajdują się bankomaty, i kupiliśmy kilka gigabajtów internetu. Na głównej ulicy panował chaos. Widzieliśmy prawdziwą biedę, mnóstwo śmieci, przeróżne targowiska z czymkolwiek, zaniedbane dzieci i przepracowane zwierzęta – tam pierwszy raz poczuliśmy szok kulturowy.
Zaopatrzyliśmy się w niezbędne rzeczy i ruszyliśmy dalej, by spróbować swoich sił w żelaznym pociągu. Dworzec kolejowy to była kolejna szansa do zaobserwowania różnic kulturowych między Europą a Mauretanią. Ludzie pomimo obecności ławek rozkładali koce i siadali na podłodze, tam jedli, spali i modlili się, dużo ze sobą rozmawiali.
Mimo że mijały długie godziny, a my dalej czekaliśmy na pociąg, który kursuje bez rozkładu jazdy, na ich twarzach nie było widać ani krzty zniecierpliwienia. W budynku dworca znajdował się prowizoryczny sklep, nie było prądu, był za to kolejny policjant, który próbował wyłudzić od nas łapówkę. Przy całym swoim cwaniactwie był bardzo sympatyczny i wydawał nam się niegroźny.

Najpiękniejszy nocleg na dziko – plaża Legzira
W końcu żelazny pociąg nadjechał. Po wejściu do wagonu znaleźliśmy pusty przedział, ale szybko dosiadło się do nas trzech pracowników kopalni, którzy jechali do pracy. Dominika szybko poszła spać, za to Mikołaj rozpoczął nocną integrację z nieznajomymi. Panowie podzielili się mauretańską whisky, czyli mocną czarną herbatą z dużą ilością cukru. Alkohol jest w Mauretanii zakazany, za to herbatę pije się z kieliszków. Wymieniliśmy się skrawkami swojego życia, pokazując sobie zdjęcia – my ze smartfonów, a oni z telefonów z klawiszami, które ledwo już pamiętamy. W ich codzienności ciężka praca w kopalni to norma, nie podróżują turystycznie, nie kształcą się i nie dbają o konsumpcjonizm. Żyją w tradycyjnych domach, w których Koran ustala zasady życia. Byli dla nas niezwykle sympatyczni, czuliśmy się bezpiecznie przez cały czas, traktowali nas jak równych sobie, choć byliśmy dla nich kosmitami.
Gdy nasz kamper czekał na parkingu, my w tym czasie podróżowaliśmy autostopem. Wyrwaliśmy się z bezpiecznej przystani. Nie mieliśmy już dachu nad głową, stałego dostępu do toalety i wody ani możliwości ugotowania obiadu z własnych, znanych nam produktów. Zaczęła się prawdziwa przygoda.
Nieznajomi zapraszali nas na herbatę. Byliśmy gośćmi w tradycyjnym mauretańskim domu i spróbowaliśmy lokalnych specjałów. Dotarliśmy nawet do oazy Terjit, raju na środku pustyni, kąpaliśmy się w naturalnych basenach i chodziliśmy po szlakach płaskowyżu. Policja pomagała nam łapać autostop na zupełnie pustej drodze. Zobaczyliśmy kolejne miasta Mauretanii i jeszcze więcej różnic pomiędzy nimi a nami. Dowiedzieliśmy się, że latem mieszkańcy migrują z centrum kraju nad ocean, gdzie jest chłodniej.
Po kilku dniach zawróciliśmy w kierunku kampera, czekał nas jeszcze jeden kurs pociągiem, tym razem nieco bardziej ekstremalny. Marzyliśmy o przejeździe w wagonie towarowym, na gapę. Znaleźliśmy ludzi, którzy nam w tym pomogli i udało się. Emocji było tyle, co rudy żelaza w wypchanym po brzegi żeliwnym wagonie. Dopiero gdy ruszyliśmy, dotarło do nas, co właśnie zrobiliśmy. Przyświecał nam cel zrobienia czegoś ekstremalnego, a na horyzoncie czekał na nas kamper i powrót do naszej rutyny.
Przejechaliśmy kilkaset kilometrów w wagonie towarowym, siedząc na rudzie żelaza. Zdani na siebie, bo w razie zagrożenia nikt by nam nie pomógł. Opiłki żelaza były wszędzie, dlatego przez cały czas mieliśmy założone gogle narciarskie i maseczki z filtrem. Na koniec cali byliśmy brudni. Prawdopodobnie obejrzeliśmy najbardziej spektakularny wschód słońca w naszym życiu. To było iście unikatowe przeżycie.
Po ponad 12 godzinach jazdy dotarliśmy cali i zdrowi do Nawazibu. Samozwańczy taksówkarze proponowali nam kurs do miasta za zbyt wygórowaną cenę, więc złapaliśmy autostop i dotarliśmy na hotelowy parking, na którym czekał nasz dom na kołach. Byliśmy przeszczęśliwi, że nic mu się nie stało i od razu poczuliśmy się lepiej.

Podczas jazdy żelaznym pociągiem przez Saharę
Z Mauretanii wróciliśmy tą samą drogą i dotarliśmy tam, skąd ostatnio wygoniła nas burza piaskowa – na plażę Legzira. To jedno z najpiękniejszych miejsc, w którym zaparkowaliśmy, podróżując kamperem. Widok na klify, łuki skalne i ocean, a do tego spektakularne zachody słońca. Idealne, bardzo bezpieczne i spokojne miejsce na reset. Zostaliśmy tam, dopóki wystarczyło nam jedzenia, wody w zbiorniku i miejsca w kasecie toaletowej. Uroki naszego życia w samochodzie.
Ostatnia historia, którą chcemy opowiedzieć, jest jedną z najbardziej wyjątkowych. Rano opalaliśmy się w kanionie Todra, a wieczorem zakopaliśmy się w błocie i śniegu. Sytuacja była o tyle trudna, że przez nagłą śnieżycę zamknięto drogi, a my byliśmy sami w górach, pośrodku niczego. Jakimś cudem w pobliżu przechodził jeden Marokańczyk, który okazał nam dużą pomoc. Przez prawie trzy godziny kopał z nami w błocie, tak długo, aż udało się wydostać kamper. A na koniec jeszcze zaprosił nas do swojego domu rodzinnego.
To było jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć podczas tej podróży. Wizyta w domu u tej rodziny na długo zapadnie nam w pamięć. Oni mówili po berbersku, pisali po francusku, my mówiliśmy po polsku i pisaliśmy po angielsku. Mimo to przez dwie godziny udało nam się całkiem sprawnie porozmawiać o naszych życiach. Rodzina żyła w skromnych warunkach, spała w jednym pokoju, z nieszczelnymi oknami, ogrzewała się małą kozą. Miała zaledwie dwa małe pokoiki i prowizoryczną kuchnię, a była ich szóstka – małżeństwo i czwórka dzieci. Nie wyglądali na zaniedbanych czy nieszczęśliwych, ich siłą była miłość i dobre relacje. Trwał ramadan, a mimo to zostaliśmy poczęstowani oliwkami, chlebem i miodem, a nawet oferowano nam nocleg. Ta otwartość i uczynność Marokańczyków nas wzrusza i ogromnie ją podziwiamy.
Nieważne, czy to mechanik, lokalny rybak czy właściciel restauracji – ludzie w Maroku są niezwykle gościnni, dzielą się tym, co mają, nawet jeśli posiadają niewiele, lubią gawędzić i są przyzwyczajeni do życia we wspólnocie. Z drugiej strony bywają nachalni. Z naszego doświadczenia, poza punktami turystycznymi, lokalsi rozmawiali z nami raczej bezinteresownie, a w popularnych miejscach musieliśmy być ostrożnejsi. Taki urok tego kraju – jest inaczej, a Marokańczycy są świetnymi handlarzami.

Najbardziej kręta droga w Maroku

Posiłek u gospodarza, który pomógł nam wydostać kamper ze śniegu i błota
Wynieśliśmy z tej wyprawy kilka lekcji. Podróżowanie nie jest dla wybrańców, ono jest dla wszystkich. Każdy może zwiedzać świat we własnym stylu, nie ma jednego właściwego. Podróżowanie po Afryce może być bardziej wyprawowe, przygodowe albo dokładnie zaplanowane i komfortowe. Jednak jest kilka stałych elementów, o które należy zadbać. Są nimi ubezpieczenie podróżne, minimalna wiedza dotycząca zwyczajów w kraju o odmiennej kulturze, skompletowanie wiz i dokumentów oraz posiadanie gotówki, bo nie wszędzie zapłacimy kartą. My dorzucamy do tego zestawienia głowę otwartą na nowe. Najlepiej opierać się na własnych doświadczeniach. Jednostkowa opinia to nie reguła, bo każdy ma inną wrażliwość.
Wiele barier to tylko wymysły naszych głów. Przed wyprawą czytaliśmy przeróżne opinie o tych krajach, w tym wiele negatywnych. Tymczasem na miejscu zetknęliśmy się z niesamowitą gościnnością i dobrocią. Nie obyło się też bez wyzwań, ale wróciliśmy z jeszcze szerzej otwartymi oczami, a przede wszystkim sercami i tym chcemy inspirować.
Przekonaliśmy się, że żyjemy w bańkach, każde z nas we własnej. Życie drugiego człowieka może wyglądać zupełnie inaczej z różnych powodów i to nie znaczy, że jest gorsze albo mniej szczęśliwe. Im więcej podróżujemy, tym bardziej doceniamy, jak duże możliwości i perspektywy mamy jako Polacy. Posiadanie dachu nad głową, ciepły posiłek na obiad, możliwość edukacji albo obrania własnej ścieżki życiowej to nie jest minimum, tylko wielki przywilej.
Nasza przygoda trwała trzy miesiące, wszystkie noclegi spędziliśmy na dziko i przejechaliśmy prawie 15 tys. km. Zebraliśmy całą masę wspomnień i nowych doświadczeń. Najbardziej jesteśmy dumni z naszego kampera. Choć stary, ze słabym silnikiem i bez napędu 4×4, dawał radę wzorowo, a my mamy jeszcze większy apetyt na Afrykę. Tego trzeba doświadczyć.

Kamper to nasz dom na kołach
Tekst i zdjęcia: Dominika i Mikołaj Połomowie

Jesteśmy Dominika i Mikołaj Połomowie, od dwóch lat mieszkamy w kamperze z 1998 r. Porzuciliśmy stabilne życie, aby spełniać podróżnicze marzenia. Śpimy na dziko, dużo się przemieszczamy. Lubimy być blisko natury, a od czasu do czasu odwiedzamy interesujące nas miasta. Pokazujemy, jak wygląda nieco odbiegające od normy życie w kamperze. Stawiamy na szczerość, bo życie to nie bajka, jednak gdy dobrze się o nie zadba, może być piękne. Każdego dnia relacjonujemy nasze przygody na Instagramie, działamy pod nazwą @kolekcjonujemy_wspomnienia.
Artykuł pochodzi z numeru 1 (127) 2026 r. magazynu „Polski Caravaning”.
Chcesz być na bieżąco? Zamów prenumeratę – teraz jeszcze taniej i szybciej.