
Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie, gdy myślicie o takim kraju jak Irak? Zakładam, że mogą to być słowa takie jak wojna, terroryści czy niebezpieczeństwo. Muszę przyznać, że w naszym przypadku tak właśnie było. Nie skłamię, jeśli powiem, że przed przekroczeniem granicy trzęsły nam się ręce, w oczach mieliśmy przerażenie, a na twarzach wypisane było jedno pytanie: „co my właściwie robimy?”. Bo przecież kto normalny wjeżdża kamperem do Iraku?
Pod koniec 2024 r. spakowaliśmy naszego kampera i postanowiliśmy dojechać nim z Łodzi do Omanu. Nasz dzielny Fiat Ducato o imieniu Marchewa dowiózł nas na arabską pustynię, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć Rajd Dakar. Dotarł też do Omanu, gdzie po raz pierwszy w życiu pływaliśmy w rajskich wadi. Z jego okien podziwialiśmy Burdż Chalifę w Dubaju, a po drodze wpadliśmy też na wyścig Formuły 1 w Bahrajnie. Założony plan został zrealizowany, tylko… pierwotnie nie planowaliśmy jechać przez Irak, lecz przez Iran. Dziś może się to wydawać dziwne, bo Iran obecnie brzmi jeszcze niebezpieczniej, ale w tamtym momencie wydawał się rozsądniejszym wyborem. Uwierzcie, niewielu podróżników wybierało wówczas tę trasę.
Plan przejazdu przez Iran upadł w momencie, gdy ktoś na grupie podróżniczej uświadomił nam, że granica tego kraju z Turcją znajduje się wysoko w górach, a przejazd w grudniu niemal na pewno jest zaśnieżony. Nasza 3,5-tonowa Marchewa mogłaby sobie zwyczajnie nie poradzić, więc woleliśmy nie ryzykować.
Na tej samej grupie padło pytanie: „A dlaczego nie jedziecie przez Irak?”.
– No jak to dlaczego? Przecież tam jest niebezpiecznie.
– Przejechałam tamtędy już siedem razy. Dacie radę.
Zapadła cisza i spojrzeliśmy na siebie. Wtedy po raz pierwszy ta myśl przestała brzmieć jak szaleństwo.

Żołnierze też chcieli robić sobie z nami zdjęcia

Charakterystyczny minaret w Samarze
Na pewno znacie to bolesne i niepokojące uczucie stresu przed czymś ważnym. Dokładnie to samo towarzyszyło nam, gdy nasze paszporty odjechały w samochodzie jakiegoś strażnika celnego, już po irackiej stronie. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo po co – właściwie nic nie było wiadomo, bo nikt nie mówił po angielsku.
Nasze paszporty krążyły z rąk do rąk. Najpierw jakiś groźnie wyglądający mężczyzna w mundurze, z papierosem w ustach, przepisywał z nich dane do wiz. Później poproszono nas o zdjęcia i pobranie odcisków palców na specjalnej maszynie. I wtedy pojawił się uśmiechnięty celnik, który wziął nasze paszporty, wskazał ręką kierunek i powiedział: „Window seven”. Po czym wsiadł do samochodu i odjechał. Z naszymi dokumentami. W panice pobiegliśmy z powrotem do wcześniejszego urzędnika. Spojrzał na nas z irytacją i rzucił tylko: „Window seven, go”. W tym okienku poproszono nas o dokumenty auta i kazano zapłacić 35 dol. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to obowiązkowe irackie ubezpieczenie OC, bo wszystko było w języku arabskim. Marchewą podjechaliśmy do kolejnej bramy, gdzie odbyła się kontrola kampera. Zaglądano do szuflad i szafek, rzucono okiem na szoferkę i wskazano kierunek do następnego budynku. I w końcu są – nasze paszporty i dopiero wyrobione wizy. Odetchnęliśmy z ulgą. Chwilę później usłyszeliśmy serdeczne: „Welcome to Iraq!”. Uśmiech celnika, który to powiedział, był tak szeroki, że cały stres po prostu zniknął.
Sprawdzajcie na bieżąco warunki wjazdowe do danego kraju, bo mogą się one zmieniać z dnia na dzień. Początkowo wyrobienie wizy na granicy było możliwe, a gdy wracaliśmy, obowiązywała już tylko e-wiza wyrabiana przez internet. Przed przekroczeniem granicy warto wykupić eSIM z pakietem danych. Nawet 1 GB może pomóc w tłumaczeniu dokumentów, rozmów lub znalezieniu odpowiednich informacji.

Nocleg pod wojskowym check-pointem
Przyznajemy, że planując zwiedzanie Mosulu już pierwszego dnia pobytu w Iraku, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak dużym może to być błędem. Nie zdążyliśmy się jeszcze przyzwyczaić do tego, gdzie jesteśmy, jak wygląda otoczenie i jacy są ludzie, a już zaparkowaliśmy w samym centrum zniszczonego wojną starego miasta. Psychicznie nie byliśmy na to gotowi. Widok ruin, śmieci i żebrzących dzieci tak nas przytłoczył, że następnego dnia rano po prostu ruszyliśmy dalej.
Do Mosulu wróciliśmy dopiero w drodze powrotnej. Tym razem przygotowani – z wynajętym lokalnym przewodnikiem i odpowiednim nastawieniem. Pewnie pomyślicie, że skoro mieliśmy przewodnika, to było w tym coś z turystycznej komercji. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Turystów można tam policzyć na palcach jednej ręki. Dopiero wtedy się okazało, że była to jedna z najtrudniejszych wycieczek w naszym życiu, a to, co usłyszeliśmy i zobaczyliśmy, zostanie z nami już na zawsze.
Kojarzycie kadry z amerykańskich filmów wojennych, w których całe miasta są zrównywane z ziemią? Tak właśnie wygląda stare miasto w Mosulu. Gruz, zburzone ściany, śmieci i bezpańskie psy. Na budynkach widać napisy „safe”, które oznaczają, że dane miejsce zostało oczyszczone z ładunków wybuchowych i jest względnie bezpieczne. Obecność lokalnego przewodnika dawała nam komfort, bo dzięki niemu nie czuliśmy się jak turyści szukający wrażeń, ale jak goście, którzy chcą poznać prawdziwe historie, by móc opowiadać je dalej. Historie mrożące krew w żyłach. O trudzie, śmierci i torturach. O dronach, rakietach i samochodach pułapkach. Tak jeszcze niedawno wyglądała rzeczywistość mieszkańców Mosulu, bo jeszcze w 2017 r. była to ich codzienność.
Mosul ma jednak dwa oblicza. To pierwsze: pełne ruin i bólu oraz drugie, które zaskakuje jeszcze bardziej: pełne nadziei, uśmiechu i… życia. Ludzie prowadzą normalny tryb życia, chodzą do pracy, na spacery, do restauracji, spotykają się, jeżdżą na rowerach. To ci sami ludzie, którzy jeszcze kilka lat temu przeżywali horror we własnym mieście i zastanawiali się, czy dożyją jutra. A mimo to podchodzą do nas z pełnym zaufaniem. Witają się, częstują herbatą, kawą i cukierkami. Zachęcają, żeby spróbować świeżo mielonego sezamu w postaci pasty tahini. I nie chcą za to żadnych pieniędzy. Naciskamy, chcemy zapłacić – przecież nas na to stać, a im te kilka groszy na pewno się przyda. Odmawiają. Próbujemy ponownie, jeszcze raz… Dopiero za trzecim razem niechętnie przyjmują od nas kilka banknotów.
W islamie turysta jest traktowany jako osoba potrzebująca, a zapewnienie mu schronienia i pożywienia jest religijnym obowiązkiem. Dlatego tak ważne jest, aby wyczuć, co jest faktycznym zaproszeniem do wspólnego posiłku, a co jedynie wyrazem gościnności i życzliwości, niekoniecznie formalnym zaproszeniem do domu.
Jesteśmy dla nich atrakcją, namiastką podróży, której oni nigdy nie doświadczyli i być może nigdy nie doświadczą. Robią sobie z nami zdjęcia i mówią, że będą się chwalić w całej rodzinie, że mieli okazję poznać prawdziwych podróżników z Europy. A nam cisną się łzy do oczu, bo przecież jesteśmy takimi samymi ludźmi jak oni. I tak samo marzymy o podróżowaniu jak nasz 24-letni przewodnik Mustafa, który nigdy nie wyjechał z Iraku.
Z Mosulu wyjechaliśmy w ciszy. To właśnie w takich momentach zaczynamy doceniać, jak wielkie mamy szczęście, że urodziliśmy się w Europie. Że mamy jeden z najmocniejszych paszportów na świecie. Że możemy podróżować, dokąd tylko chcemy, i studiować tam, gdzie tylko sobie wymarzymy.
Warto pamiętać o tych wszystkich, wydawałoby się, oczywistych przywilejach, o których inni mogą jedynie marzyć.

Najbardziej rozpoznawalny mural w Mosulu

Ruiny starego miasta po wojnie z ISIS

Życie w Mosulu toczy się dalej

Napis „SAFE” oznacza, że miejsce oczyszczono z niewybuchów

Normalne życie na bazarze w Mosulu

Gościnność Irakijczyków jest nie do opisania

Najlepsza czekoladowa kawa, jaką piliśmy w życiu

Brama kontrolna przed wejściem do meczetu w Karbali
Zapewne zastanawiacie się, jak w praktyce wygląda sytuacja z bezpieczeństwem w Iraku. Po wjechaniu do tego kraju musieliśmy się przyzwyczaić do check-pointów, które pojawiały się na naszej trasie co 50–100 km. To duże bramy, przypominające trochę granice, ustawione przy głównych drogach, gdzie odbywają się kontrole policyjne lub wojskowe. Im bliżej ważnych punktów czy większych miast, tym jest ich więcej. W przypadku Irakijczyków sprawa jest dość prosta – okazanie dokumentu i można jechać dalej. U nas wyglądało to trochę inaczej.
Wyobraźcie sobie zdziwioną twarz żołnierza, który widzi polskie blachy… w Iraku. Najpierw zaskoczenie, potem szeroki uśmiech i dobrze znane nam już: „Welcome to Iraq!”. A zaraz po tym pytanie, skąd jesteśmy. Odpowiadamy: „Bolanda”, czyli po arabsku „Polska”. I wtedy niemal zawsze słyszymy: „Lewandowski!”. Piłka nożna to zdecydowanie najbardziej uniwersalny język świata.
Wcale to jednak nie oznacza, że jedziemy dalej bez problemów. Każą nam zjechać na bok i zabierają nasze paszporty do budynku obok, gdzie zazwyczaj urzęduje dopiero co wybudzony, ale wyższy rangą żołnierz. I zaczyna się przesłuchanie. „Co tu robicie? Dokąd jedziecie? Jaki jest wasz cel? Dlaczego nie macie dzieci?”. Te same cztery pytania. Za każdym razem. Na koniec zdjęcia paszportów, telefon do jakiegoś „kolegi po fachu” (do dziś nie wiemy po co), szybka kontrola wnętrza kampera… i jesteśmy wolni. Na jednym check-poincie traciliśmy od 15 do 40 minut, więc podróżując po Iraku, trzeba się uzbroić w cierpliwość.
Na początku każda taka kontrola była dla nas stresująca, ale z czasem zaczęliśmy się przyzwyczajać. Widok pojazdów opancerzonych, karabinów i granatów przypiętych do mundurów przestał robić na nas wrażenie. Później zrozumieliśmy, że te wszystkie pytania są tak naprawdę dla naszego bezpieczeństwa. Dzięki nim dokładnie wiedzieli, gdzie jesteśmy, gdzie planujemy nocować i w którą stronę się przemieszczamy.
Warto też wiedzieć, że w Iraku nie można spać „na dziko”, gdzie się chce. Nie ma tam tej wolności, którą znamy z Europy, a pojęcie kempingu właściwie nie istnieje. Jeżeli podróżujecie kamperem, to zakładam, że macie ten sam system, co my, czyli: zbliża się zachód słońca, patrzycie na mapę, gdzie ewentualnie przenocować, znajdujecie perfekcyjne i spokojne miejsce 30 km od głównej trasy na środku pustyni. I wtedy trafiacie na check-point, na którym pytają, dokąd jedziecie. Tłumaczenie, że dom na kółkach, że bezpiecznie, że wszystko pod kontrolą, nie zadziała. Zapomnijcie o noclegu na dziko. Nikt się na to nie zgodzi. Każą jechać dalej do miasta, hotelu albo na strzeżony parking. Bo nikt nie weźmie odpowiedzialności za turystów z Europy, którzy postanowili sprawdzić, czy Irak jest bezpieczny… nocując samotnie na pustyni. Dlatego tak bardzo pilnowaliśmy, aby nie podróżować po tym kraju nocą i zawsze dojeżdżać do miejsca docelowego przed zachodem słońca.
Miejsc noclegowych szukajcie w aplikacji iOverlander. Tam znajdziecie wiele sprawdzonych hoteli lub strzeżonych parkingów, na których można spokojnie przenocować.
Tylko raz zdarzyła nam się sytuacja, gdy zastał nas wieczór, a planowane miejsce noclegowe okazało się po prostu średnie. Zapytaliśmy żołnierzy na check-poincie, czy możemy przenocować w ich okolicy. Zgodzili się bez problemu, więc zdecydowanie warto pytać.

Wojsko = poczucie bezpieczeństwa
W Azji spędziliśmy łącznie 11 miesięcy, w szczególności w krajach, w których dominującą religią jest islam. I możecie nam wierzyć lub nie, ale największe wrażenie zrobiły na nas nie meczety w Emiratach czy Omanie, lecz te w Iraku. Bez komercji, bez turystów, tylko Irakijczycy pielgrzymujący do najważniejszych świątyń w szyickim islamie.
Odwiedziliśmy trzy z nich: w Samarze, Nadżaf i Karbali. I choć jesteśmy raczej osobami, które unikają tłumów i niezbyt dobrze czują się w zatłoczonych miastach, ani trochę nie żałujemy czasu spędzonego w tych miejscach.
Aby dostać się do takiej świątyni, trzeba zostawić samochód na parkingu, bo do świętych miast można wejść wyłącznie pieszo. To także dobry moment, żeby przebrać się w długie spodnie i koszulę z długim rękawem, a dziewczynom polecam założenie chusty na głowę.
Pierwsza kontrola bezpieczeństwa – osobno dla mnie, osobno dla Kacpra. Przeszukują nas dokładnie i zabierają aparat oraz kamerę w depozyt. Przy drugiej kontroli najczęściej ubierają mnie już w czador. Zawsze proszę o pomoc Irakijki, bo samodzielne założenie go okazuje się nie lada wyzwaniem.
W świętych miejscach pamiętaj o odpowiednim ubiorze: długie spodnie i rękawy to podstawa, a kobiety muszą założyć czador, który można wypożyczyć za darmo przy wejściu do meczetu.
Dziś otoczenie irackich meczetów wspominam jako jedno z najpiękniejszych miejsc w Iraku. Czyste, kolorowe, autentyczne, z zachwycającą architekturą. Nawet ogromne tłumy wiernych przestają mi przeszkadzać. Po prostu gapię się na idealnie ułożone turkusowe kafelki na ścianach świątyni. Wszystko tu wydaje się perfekcyjne! Wydawałoby się, że najtrudniejsze już za nami, ale zwiedzanie wnętrz pełnych pielgrzymów okazuje się wymagające. Nie wiem, czy znacie zasady, ale przypomnę: przed wejściem zdejmujemy buty. Dodatkowo mężczyźni i kobiety mają osobne wejścia, więc musieliśmy się z Kacprem rozdzielić.
Z lekkim zwątpieniem idę sama za innymi Irakijkami, rozglądając się po korytarzach. W którą stronę iść? W pewnym momencie łapie mnie za rękę jakaś uśmiechnięta, zupełnie obca dziewczyna i pyta, skąd jestem. Chyba widzi, że jestem lekko zagubiona. Nie zna angielskiego, więc odpowiadam „Bolanda”, a ona wyciąga telefon z translatorem. Pyta, czy potrzebuję pomocy i czy chcę, żeby oprowadziła mnie po świątyni. Godzę się niepewnie i ściskając jej dłoń, idę za nią przez tłum. Za pomocą translatora opowiada mi, gdzie jesteśmy i jak ważne jest to miejsce dla niej i dla innych szyitów. Odwiedzamy groby imamów, a ja cierpliwie czekam, gdy prosi o kilka minut na modlitwę. Siadamy w jednym z pomieszczeń, gdzie mogę obserwować inne kobiety modlące się na ziemi. Niektóre stoją, inne dotykają grobu imama, lamentując. W szyickim islamie dotykanie grobów jest symbolem bliskości z osobą tam pochowaną i wyrazem prośby o wstawiennictwo. Widzę też grupki dziewczyn, które po prostu przesiadują na miękkich dywanach, odpoczywając.
Moja przewodniczka pyta mnie, czy jestem muzułmanką. Odpowiadam, że nie. Tłumaczy, że to miejsce, w którym mogę się modlić na swój sposób i że wszystkie modlitwy są tu wysłuchiwane. Nawet we mnie, osobie niewierzącej, obudziło to poczucie, że w tym miejscu jest jakaś magiczna energia, zdolna do zdziałania cudów.
Dziewczyny, podczas pobytu w Iraku nie musicie zakrywać włosów – wystarczy skromny ubiór.

Główna brama do meczetu

Przepiękne okolice meczetu w Nadżafie

Do meczetu zawsze musiałam zakładać czador

Karp jest podstawą narodowego dania Iraku o nazwie masgouf

Architektura Bagdadu

W centrach miast też stacjonuje wojsko
Dziś wspominam Irak z ogromnym sentymentem, choć był to najbardziej wymagający kraj ze wszystkich, które dotychczas odwiedziliśmy. Nie mam tu bynajmniej na myśli kwestii bezpieczeństwa, check-pointów czy trzygodzinnego oczekiwania na granicy, lecz palące się śmieci, martwe zwierzęta wzdłuż dróg, żebrzące dzieci i wszechobecną biedę. Często mówi się, że podróże kształcą, ale jeśli nie będziemy mieli otwartej głowy i chęci poznania innego świata, nie nauczą nas niczego. Dlatego zawsze trzymam się zasady: „patrzeć poza to, co widać”. I Was również gorąco do tego zachęcam.
Andrea Rząsa
Spakowani w Drogę

To my, Andrea i Kacper, czyli Spakowani w Drogę! W 2025 r. dojechaliśmy naszym samodzielnie przerobionym kampervanem aż do Omanu, udowadniając, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zrobiliśmy ostatnio kolejną szaloną rzecz – złożyliśmy wypowiedzenia po dziewięciu latach pracy w naszych korporacjach i przeprowadzamy się do kampera. Dodatkowo przygotowujemy się właśnie do następnej dalekiej wyprawy, tym razem w kierunku Azji Centralnej, więc zapraszamy Cię do wspólnej podróży.
Artykuł pochodzi z numeru 2 (128) 2026 r. magazynu „Polski Caravaning”.
Chcesz być na bieżąco? Zamów prenumeratę – teraz jeszcze taniej i szybciej.