
Japonia nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Jej rosnąca popularność była nam początkowo zupełnie obojętna. Podczas gdy moi znajomi wymieniali się wówczas trudno dostępnymi mangami i częstowali mnie japońskimi słodyczami, moje zainteresowania leżały zupełnie gdzie indziej. Wszystko się zmieniło za sprawą lektoratu w ramach studiów oraz rosnącej miłości do caravaningu. Po trzech latach studiów, gdy tylko pojawiła się możliwość długoterminowego wyjazdu do Japonii, spakowałam walizki i ruszyłam odkrywać kraj, o którym wiedziałam już tak dużo z zajęć, ale wciąż był dla mnie zagadką.

Jeszcze wczoraj otrzymałam SMS-a o zagrożeniu lawinowym, jako że w ostatnich dniach w ciągu nocy były bardzo silne opady śniegu – nawet do 2 metrów na dobę, a dzisiaj siedziałam w pociągu pędzącym przez japońską wieś do miejsca, gdzie miało się spełnić nasze kolejne kamperowe marzenie. Początkowy plan zakładał, że Julia i ja spędzimy tylko około miesiąca w podróży dzięki oszczędnościom z pracy. Wszystko jednak zmieniło się w ciągu jednej rozmowy telefonicznej. „Skoro spałyśmy w osobówce w Norwegii przez dwa miesiące, to czemu nie zrobić tego tutaj? Po prostu kupmy auto na miejscu”, powiedziałam Julii pewnego wieczoru przez telefon. Jak powiedziałyśmy, tak też zrobiłyśmy. Julia od razu wykorzystała swoje umiejętności wyszukiwania okazji idealnych i za pomocą Facebook Marketplace znalazła ogłoszenie sprzedaży niecodziennego auta. Małe, ale pakowne z podstawową zabudową i pięknym różowym obiciem na poduszkach, które składały się w łóżko. Silnik 0,6 pod siedzeniem będzie musiał nam wystarczyć do tej przygody, bo tzw. kei car były dla nas jedyną opcją osiągalną finansowo i „papierologicznie”. „Kei car” to typ auta, którego moc silnika nie przekracza 660 cm³, a długość 3,4 m. Jedyny minus: muszę przebyć dziesięciogodzinną podróż z przesiadkami, aby je odebrać i tym samym po raz pierwszy zobaczyć na żywo.
Kiedy tylko lekko wyczerpana podróżą wyszłam przed stację w małym japońskim mieście, młody mężczyzna wysiadł z auta, uścisnął mi dłoń i powiedział, że podjedziemy do konbini, gdzie jego ojciec już czeka z autem i dokumentami. Konbini, czyli małe japońskie sklepy całodobowe, są nie tylko punktami sprzedaży przekąsek i napojów, ale i miejscami, gdzie można skanować i drukować dokumenty, zrobić opłaty, podgrzać i zjeść posiłek, nadać paczkę i, co najważniejsze dla podróżników samochodowych, skorzystać z czystej toalety. A to wszystko całodobowo! Syn sprzedawcy zatrzymał się na parkingu Family Marta, a tam dumnie prezentował się On. Nasz nowy kampervan.
Brama torii

Głosowanie w Kobe

Julia z Darumą z Takasaki

Echizen Daibutsu
Niezależnie od tego, czy planujecie kupić, czy wypożyczyć auto, absolutnie niezbędne będzie wyrobienie międzynarodowego prawa jazdy w konwencji genewskiej z 1949 r. Tutaj uwaga: jest ważne tylko przez rok! W przypadku zakupu wymagane będą również stały adres zamieszkania oraz przerejestrowanie auta w urzędzie przypisanym do miejscowości, w której mieszkacie. Dokumentów przy zakupie auta typu „kei car” jest więcej niż przy wypożyczeniu, ale i tak nie jest to tak trudny i skomplikowany proces, jak początkowo zakładałyśmy, a umożliwił nam tanie połączenie noclegu i transportu. Paliwo w Japonii też cieszy polską kieszeń (w maju 2026 r. jest to ok. 4,20 zł za litr benzyny).
Nie miałam żadnych zastrzeżeń wobec pojazdu. Prezentował się bardzo dobrze, a na śnieżnobiałej karoserii nie zauważyłam śladów rdzy. Przekazałam poprzedniemu właścicielowi kopertę pełną jenów i czekoladę Wedla, a nasz nowy nabytek, którego nazwaliśmy Yuki (czyli po japońsku śnieg), stał się towarzyszem podróży.
Nigdy wcześniej nie prowadziłam auta po lewej stronie, a przede mną była do pokonania prawie sześciogodzinna trasa, jako że planowałam omijać drogi płatne. Szybko się jednak okazało, że moja pamięć mięśniowa nie była tak silna, jak zakładałam. Japońscy kierowcy jeżdżą bezpiecznie i nie przekraczają dozwolonych prędkości, a drogi są utrzymywane w bardzo dobrym stanie. Widoki zza okna pociągu przygotowały mnie też na zmiany pogodowe. Japonia jest na tyle dużą i zmienną klimatycznie wyspą, że miejsce, z którego wyruszałam, było pełne zieleni, a na zewnątrz można było wyjść w T-shircie, ale im bliżej byłam domu, tym więcej było śniegu. W końcu rekordowe opady. Na to też Japończycy są przygotowani, a drogi są odpowiednio zabezpieczane. Pługi i ciągniki jeżdżą często i gęsto, dzięki czemu nawet w śnieżnej pogodzie nawierzchnia jest przejezdna. Nie zmienia to jednak faktu, że zimowe opony to absolutna konieczność, a spora część kierowców zaopatrza się również w łańcuchy na koła. My nigdy nie musiałyśmy z nich skorzystać, niemniej mijałyśmy znaki informujące, że na tych odcinkach warto mieć je spakowane.Japońskie drogi i bezdroża okazały się łaskawe dla zagranicznego kierowcy i jedynie do samego końca wyjazdu pozostał mi nawyk włączania kierunkowskazu, kiedy włączam wycieraczki, i włączania wycieraczek, kiedy włączam kierunkowskaz.

1200 posągów

Dużo miejsc serwuje bezpłatnie herbatę

Oharai-machi
W XVII w. Japonia zamknęła się przed całym światem, co w opinii ludzi ze Starego Kontynentu oznaczało stagnację i brak rozwoju. Choć zagraniczne nowinki technologiczne przestały docierać na wyspy, był to jednocześnie okres czegoś niezwykłego w kulturze turystycznej tego kraju, choć wtedy nikt nie myślał o tym w takich kategoriach. Rządzący wówczas Japonią szogun Tokugawa Iemitsu zarządził, że co dwa lata jego najwięksi lordowie (Daimyo) mają przyjeżdżać na dwór w Edo, teraz znanym jako Tokio. Oznaczało to zatem, że olbrzymie dworskie orszaki pełne koni, służby, możnowładców i ich rodzin przemierzały wiele kilometrów, aby dotrzeć na dwór, a następnie po służbie w stolicy wrócić na swoje ziemie. Podróż przez setki kilometrów gór jest trudna, wyczerpująca i niebezpieczna. Wywołało to wielką potrzebę miejsc, gdzie orszak mógłby się zatrzymać, bezpiecznie wypocząć, dobrze zjeść, a co za tym idzie, uszczuplić zawartość sakiewek. Tawerny, stajnie, restauracje i sklepy wyrastały w tym okresie jak grzyby po deszczu, otwarte na przybyszy zmierzających do stolicy.
Ta kultura „przydrożnych przystani” została już z Japonią na zawsze i w latach 90. wraz ze zmieniającymi się realiami podróży powróciła w formie michi no eki, czyniąc Japonię rajem kamperowym. Michi no eki to w dosłownym tłumaczeniu „przydrożne stacje”, które można przyrównać do polskich MOP-ów z tą różnicą, że są zupełnie do nich niepodobne, bo 100 razy lepsze.
Michi no eki to nie tylko stacje, ale też małe ośrodki kultury lokalnej. Na każdym z nich znajdziemy parking, na którym bez problemu można spędzić noc, bezpłatną, zadbaną, całodobową toaletę, restaurację oraz ryneczek z lokalnymi produktami. Podgrzewana toaleta oznacza też łatwy dostęp do prądu, jeśli tylko spakowaliśmy przejściówkę. Wiele z tych miejsc pełni też funkcję informacji turystycznej, w której można się dowiedzieć o atrakcjach regionu, wyruszyć na najbliższy szlak lub wypożyczyć rowery. Każda taka stacja jest atrakcją samą w sobie. Czasem będzie połączona z onsenem (naturalne kąpielisko termalne – przyp. red.) lub wyjątkowo ładnym punktem widokowym. Sama architektura każdego michi no eki potrafi być wyjątkowa; niektóre będą stylizowane na stare zajazdy, inne będą przeszklone i nowoczesne, a jeszcze inne będą przypominały wielki statek kosmiczny. Na każdej z nich zawsze będzie też pieczątka do zebrania, co tylko napędza, aby zwiedzić ich jak najwięcej i wypełnić nimi swój notatnik po brzegi.
Japońska kultura caravaningowa różni się nieco od europejskiej. Ponad 70% powierzchni Japonii to góry; jest bardzo niewiele przestrzeni, która do kogoś nie należy i nie jest już zagospodarowana. Jest to szczególnie odczuwalne w południowej części, wraz z jazdą na północ robi się coraz luźniej. Oznacza to, że noclegi „na dziko” są rzadkie, a kempingi to często miejsca do zrobienia sobie grilla ze znajomymi, a nie miejsca noclegowe w naturze. Same michi no eki, choć bardzo przyjazne turystom, rządzą się niepisaną zasadą „przyjedź po zamknięciu, wyjedź przed otwarciem”. Oznacza to, że jeżeli nie chcemy skorzystać ze sklepów czy restauracji, nie powinniśmy zajmować miejsca na parkingu. My musiałyśmy doświadczyć nieprzychylnego wzroku japońskich babć, aby dowiedzieć się o tej zasadzie, kiedy któregoś poranka zachciało nam się dłużej pospać. Lokale usługowe zamykają się zazwyczaj około godziny 17–18, a otwierają o 9, więc nie oznacza to brutalnych pobudek i znikania wraz z dostawą. Często korzystałyśmy z restauracji i sklepu, aby zjeść obiad, a później wyposażyć się w śniadanie na drogę.
Obecnie w Japonii jest 1231 obiektów michi no eki, a ich liczba stale rośnie. Oznacza to, że praktycznie niemożliwe jest znalezienie się w jakiejś części wysp, aby w pobliżu nie było bezpiecznego miejsca noclegowego z dobrą infrastrukturą kempingową.

Wodospad przy Michi no eki

Góra Fudżi

Lasy Shikoku

Pustki na parkingu

Panorama na miasto z łóżka

Onsen Tsubo-yu
Opowiedziałam już wiele o wygodach i udogodnieniach michi no eki oraz konbini. Nie wspomniałam jednak o jednej bardzo ważnej rzeczy, o którą zawsze pyta się caravaningowców. „No dobrze, wszystko pięknie macie w tym aucie, ale gdzie się umyć?” Nawet wypożyczone czy kupione na miejscu pełnoprawne kampery w Japonii nie będą miały łazienki. Czasem spotka się prosty zlew, choć i to nie jest regułą.
Wtedy z pomocą przychodzą onseny, czyli japońskie gorące źródła. W Japonii jest ich 27–30 tys. Dla porównania w Polsce kompleksów termalnych jest około 30. Daje nam to tysiąckrotną przewagę liczbową. Japonia znajduje się w obszarze Pacyficznego Pierścienia Ognia, co czyni ją niezwykle aktywną sejsmicznie oraz sprawia, że jest tam mnóstwo źródeł termalnych.
Mieszkając w Nozawa Onsen w Alpach Japońskich, zdążyłam się już przyzwyczaić do specyficznej kultury onsenów, jak i zahartować sobie skórę w wyjątkowo (nawet jak na Japonię) gorącej wodzie. Było też z czego wybierać, bo ta niewielka górska miejscowość ma do zaoferowania aż 13 darmowych onsenów. Jednak dla Julii, która dołączyła do mnie później, była to zupełna nowość i szok kulturowy.
Nasz pierwszy onsen był zatem spokojnym wprowadzeniem w ten temat. W trasie przez prefekturę Wakayama udałyśmy się do najstarszego w Japonii gorącego źródła Tsubo-yu. Odkryty i rzekomo używany jako onsen od 1800 lat jest jedynym na świecie miejscem tego typu wpisanym na listę UNESCO. Jego olbrzymią zaletą (poza oczywiście walorami historycznymi) dla osób zaczynających swoją przygodę z gorącymi źródłami jest fakt, że jest on bardzo prywatny. Na 30 minut możemy zamknąć się samemu lub we dwójkę w malutkiej drewnianej budce, w której znajduje się basenik z gorącą wodą. Po dokonaniu opłaty 800 jenów (ok. 20 zł) otrzymujemy kartę z numerkiem kolejności wejścia do źródła, certyfikat odbycia kąpieli z datą oraz wejściówkę do większego onsenu obok na skorzystanie z jednego z dwóch dostępnych tam basenów.
W tym miejscu rozwieję też wszelkie wątpliwości czy może nadzieje. Do onsenu wchodzimy całkowicie nadzy. Można zabrać ze sobą jedynie malutki ręczniczek, który schłodzony zimną wodą można położyć sobie na głowie. Tsubo-yu był wyjątkowym onsenem, bo takie (poza prywatnymi połączonymi z pokojem hotelowym), w których można zamknąć się samemu, są rzadkie lub drogie. Już na poziomie recepcji następuje podział na szatnie damskie i męskie, które prowadzą do oddzielnych części. Onsen w Wakayamie był zatem dobrą okazją, abym mogła nauczyć Julię onsenowej etykiety.

Wnętrze auta

Silnik pod siedzeniami

Japońskie toalety pozwalają naładować cały sprzęt elektroniczny

Restauracja okonomiyaki
Onsen to nie wanna. Do samego źródła wchodzimy już czyści i umyci. Po wyjściu z szatni do strefy kąpielowej znajdziemy rzędy pryszniców lub wiaderek. Należy z nich skorzystać, aby umyć się dokładnie przed wejściem do basenów z gorącą wodą. Jeśli macie długie włosy, najlepiej jest je związać, aby nie rozpływały się w wodzie we wszystkie kierunki.
Tatuaże. Bardzo głośny medialnie temat, szczególnie w kontekście publicznych łaźni. W rzeczywistości bardzo wiele miejsc jest otwartych i pozwala na kąpanie się osobom z tatuażami. Przez trzy miesiące odmówiono nam wejścia do zaledwie trzech onsenów, a dwa z nich znajdowały się w wielkich miastach. Tylko w kilku miejscach Julia musiała się wyposażyć w specjalne naklejki, aby je zasłonić. Wbrew intuicji to prowincja bywa bardziej gościnna i otwarta niż wielkie miasta.
Julia po przekonaniu się, jak cudownie jest zanurzyć się w gorącej wodzie i pozwolić wszystkim mięśniom odpocząć, do każdego kolejnego wchodziła już bez większego skrępowania. Szukanie kolejnych coraz bardziej wymyślnych i ciekawych onsenów stało się jednym z naszych ulubionych zajęć w trakcie podróży.
Naszymi top poleceniami są: Dōgo Onsen na wyspie Shikoku w mieście Matsuyama, gdzie w wielkim przybytku można zaznać prawdziwych luksusów, a w niewielkiej cenie wynająć prywatny pokój z poczęstunkiem. Maguse Onsen w Nagano, gdzie wylegując się w ciepłej, parującej wodzie zewnętrznego basenu na wielkim tarasie, można podziwiać góry. Miejscowość Kinosaki Onsen, gdzie kilka dużych kompleksów działa w ramach jednego biletu, a ludzie przemierzają ulice w yukatach i tylko przechodzą od źródła do źródła.

Sakura wiosną w Japonii kwitnie licznie i długo, jeśli można wyrwać się poza oblegane parki
Zanim tłumy zagranicznych turystów trafiły do wielkich aglomeracji, Japonia opierała się na turystyce wewnątrzkrajowej i regionalnej. Sami Japończycy nawet współcześnie nie podróżują często za granicę. To, co w tym kraju jest niezwykle dobrze rozwinięte i co czyni podróż do niego tak ciekawą, to turystyka kulinarna. Każde, nawet najmniejsze miasto będzie się chwaliło innym lokalnym daniem lub wariacją na jego temat.
Jednym z naszych ulubionych wspomnień jest wizyta w Hiroszimie. Po zwiedzeniu słynnego Parku Pokoju postanowiłyśmy wybrać się na lokalny przysmak, jakim jest okonomiyaki. To danie przypominające placek z warzywami, smażony na gorącej płycie tuż przed gościem. W wersji z Hiroszimy składniki układa się warstwami. Znajdziemy w nim makaron, jajko, kapustę, mięso, a na sam koniec polewa się je gęstym słodko-słonym sosem i posypuje cieniutkimi płatkami suszonego tuńczyka, które „tańczą” pod wpływem gorącego powietrza.
Jedzenie w Japonii to temat, o którym można pisać bez końca. Zwłaszcza kiedy się okazuje, że nie samym ryżem ludzie tam żyją. Szeroka gama makaronów, zup, owoców morza i dań mięsnych sprawia, że można właściwie codziennie jeść coś trochę innego i się nie znudzić. W trasie polecamy kupować zestawy obiadowe i śniadaniowe z supermarketów. Są naprawdę smaczne, przygotowywane na miejscu i tańsze niż w konbini.

Znaki drogowe są dwujęzyczne
Głównym powodem, dla którego wybrałyśmy podróżowanie autem zamiast transportem publicznym, była możliwość uwolnienia się od zgiełku wielkich miast. Zza szyby kampera znacznie lepiej też można zaobserwować zmieniające się krajobrazy. Każda z japońskich wysp głównych ma swój unikatowy charakter, który w pełni się odsłania, dopiero kiedy pozwolimy sobie na powolną eksplorację.
Autem można zrobić jeszcze jedną kluczową rzecz. Uciec od złej pogody. Japonię najlepiej zwiedzać wiosną lub jesienią. Pogoda jest wtedy najmniej zmienna, a temperatury ani za niskie, ani za wysokie. Wraz z końcem czerwca zaczyna się pora deszczowa oraz rosnąca temperatura, która będzie puszczać dopiero w okolicach października, co poprzedzi wrześniowy sezon tajfunów. Zima w Japonii jest ciekawą porą roku. Na północy trzeba się przygotować na bardzo duże opady śniegu i silne mrozy. Są to warunki dalekie od ideału na road trip kamperem, ale za to niezwykłe do uprawiania sportów zimowych. Na południu śnieg będzie znikomy albo go wcale nie będzie. Trzeba się jednak przygotować na silne wiatry, a przyroda, nawet jeśli śniegu nie ma, zwalnia i przymiera, zatem widoki nie są tak spektakularne jak w innych porach roku.
Auto pozwoliło nam nie tylko spędzić czas bliżej natury, ale też dotrzeć do miejsc mało turystycznych, a równie pięknych jak czołowe pozycje z przewodników. W internecie natknęłyśmy się na niezwykłe zdjęcie, na którym kobieta stała przy wielkiej ścianie pełnej zagłębień z posągami Buddy. Udałyśmy się zatem pod wskazany adres, orientując się, że jesteśmy jedynym autem na parkingu. Nie byłyśmy tym zniechęcone, bo taka jest natura japońskiej prowincji, że nie ma na niej wielu ludzi. Jednak, ku naszemu zaskoczeniu, czego nie pokazywało zdjęcie, stanęłyśmy przed olbrzymim gmachem świątyni z aż 75-metrową pagodą. Wnętrze świątyni przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. W środku nie znajdowała się tylko ta jedna ściana z wieloma posągami. Wszystkie cztery ściany były wypełnione 1200 posągami, a muzyka i dźwięki gongu odbijające się od sklepienia sprawiły, że po raz pierwszy w życiu w takim miejscu włosy na rękach stanęły nam dęba. Nie był to jednak koniec wrażeń, po przejściu natychmiast stawało się u stóp siedemnastometrowego pomnika Buddy z brązu, stojącego w towarzystwie kolejnych, niewiele mniejszych.
Sama świątynia ufundowana przez właściciela firmy taksówkarskiej była zbudowana na podobieństwo jednej z najsłynniejszych świątyń Tōdai-ji w Narze. Tōdai-ji jest oczywiście równie warta polecenia i może się pochwalić niezwykle bogatą historią. Jeśli natomiast chcecie mieć dużo miejsca i czasu dla samego siebie do kontemplacji bez tłumów, to świątynia Daishizan Seidaiji w Katsuyamie jest świetnym wyborem.
Lęk przed innością i nieznanym jest czymś, co pozwoliło nam przetrwać przez tysiące lat. Jednak w dobie łatwego dostępu do informacji i dalekich podróży zagranicznych staje się on coraz mniej uzasadniony. Nie znika jednak zupełnie, szczególnie kiedy próbujemy sięgnąć myślą miejsc odległych od nas nie tylko „kilometrowo”, ale także kulturowo. W końcu Japonia to rzekomo kraj nienagannej kultury osobistej. W powszechnym obiegu istnieją dwie wersje: Japończycy są niezwykle pomocni i uprzejmi, ale krąży również opinia, że mimo wszystko boją się obcokrajowców i unikają z nimi kontaktu.
Język japoński wydaje się niezwykle trudny, szczególnie gdy ktoś położy przed nami kartkę ze znakami i symbolami, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Polacy są jednak na naprawdę mocnej pozycji startowej. Nasza przewaga nie polega na podobieństwie zapisu słów i wyrażeń, ale na wymowie. Dźwięki w języku polskim i japońskim są do siebie znacznie bardziej zbliżone niż np. w angielskim. Wspominam o tym, bo Japończycy bardzo doceniają fakt, kiedy chce się nawet tylko „zabrzmieć” tak jak oni. Mieszkańcy mniejszych miejscowości i wsi nie będą biegle władali językiem angielskim, a czasami w ogóle, dlatego gorąco polecamy nauczyć się kilku zwrotów grzecznościowych. Zjaponizowane angielskie słowa są niezwykle liczne i często używane. Jeśli czujecie się w kropce, a internet zawiódł, mówienie angielskich słów z japońskim akcentem i polską miękkością może być bardziej pomocne, niż się spodziewacie. Oczywiście Google Translate na czas pobytu w Japonii stanie się Waszym najlepszym przyjacielem.
Tam gdzie nie pomaga nam już w żaden sposób język, pojawia się jeszcze jedna opcja i być może najpotężniejsze narzędzie do nawiązywania relacji w Japonii. Prezenty. Jeśli tylko macie miejsce i możliwość, by zabrać ze sobą polskie pamiątki czy słodycze, to to zróbcie. Nawet nie wiecie, jaką radość sprawicie komuś napotkanemu na waszej drodze, wręczając mu garść polskich krówek. Ostrzegamy, będzie rewanż.
Nie spodziewałyśmy się, że tak przywiążemy się do Yukiego. Kiedy przyszedł czas rozstania, czułam ścisk w gardle, a obraz stał się nieco bardziej rozmazany niż zwykle. Auto udało nam się sprzedać za więcej, niż je kupiłyśmy, a zważając na to, że pozostawiałyśmy je w pełni wyposażone, było to uczciwą ceną i tym samym wyzerowało nam koszt noclegu.
Choć tęskniłyśmy za bliskimi, polskim chlebem i rodzinnymi stronami, jednocześnie czułyśmy, że w Japonii zostawiamy część siebie. Nie jest to jednak rozstanie na długo i jeszcze tej zimy z powrotem do niej zawitamy.

Julia i Ofelia tworzą razem projekt podróżniczy pod nazwą @rozjazdyipojazdy.
Ich pasją jest pokazywanie, że nie ma pojazdów, które nie nadają się do kamperowania. Zwiedzają nietuzinkowe kierunki, a ich marzenia podróżnicze sięgają daleko poza Europę.

Tekst: Ofelia Gościcka
Zdjęcia: Julia Nowoszyńska
Artykuł pochodzi z numeru 3 (129) 2026 r. magazynu „Polski Caravaning”.
Chcesz być na bieżąco? Zamów prenumeratę – teraz jeszcze taniej i szybciej.