artykuły

podrozePODRÓŻE
ReklamaBilbord - ubezpieczenia likwidacja szkody
Batumi przekonało nas, że w Gruzji powinniśmy byli znaleźć się już dawno temu
Batumi przekonało nas, że w Gruzji powinniśmy byli znaleźć się już dawno temu

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię

Czas czytania 14 minut

Często zadaje się nam pytanie: „Co ciągnie was do tej Azji?”. Wtedy na naszych twarzach  pojawia się uśmiech, wymieniamy spojrzenia i odpowiadamy pytaniem na pytanie: „A wiesz, co powstanie, gdy połączysz pierwsze litery imion naszej czwórki?”. I zaczyna się zabawa.

Kiedy weźmiecie nasze imiona – Ania, Zuza, Jula i Andrzej – i w podanej kolejności wyciągnięcie pierwsze litery… powstanie nic innego jak właśnie AZJA. Dokąd indziej więc moglibyśmy pojechać jak właśnie do Azji? W Turcji już byliśmy, a do tego na horyzoncie pojawiła się wizja miesięcznego wyjazdu… i tak oto powstał pomysł na Gruzję. A Armenia doszła jakoś przypadkiem, była krajem „przy okazji”, choć finalnie odegrała znacznie większą rolę, niż się początkowo spodziewaliśmy.

Przewidzieliśmy podróż w naszym stałym składzie – dwójka rodziców i dwójka nieco wyrośniętych już dzieci (17 i 20 lat). A do tego nasz oddany, złoty kampervan. Ruszyły przygotowania, Jula (siostra) ruszyła z planowaniem i niedługo potem, bo pod koniec lipca, ruszyliśmy w drogę. 

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 1
Najlepszy aspekt Gruzji. Jedzenie!

Komu w drogę, temu czas

Droga do Gruzji zajęła nam cztery dni – pokonaliśmy dystans około 3280 km. Oczywiście brzmi to tragicznie i ciężko, oczywiście, że można polecieć samolotem – zamiast czterech dni wyjdą cztery godziny. Chcieliśmy jednak mieć tam swojego vana, dojechać tam w swoim tempie, a przy tym całkiem lubimy być w drodze. Przyznam szczerze, niedawno miałam okazję pierwszy raz w życiu lecieć samolotem i brakowało mi właśnie tego upływu czasu, który czuje się wraz z każdym kilometrem drogi, i etapu przekraczania granic. Wtedy rzeczywiście czuje się przejazd przez kilka państw, wiedząc, że jest się naprawdę daleko od domu.

ReklamaAzja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 2
Oczywiście nie obyło się bez przygód w trasie. Na granicy bułgarsko-tureckiej zaczęliśmy pechową passę od rozbicia słoika z zepsutym i bardzo śmierdzącym jedzeniem w miejscu, gdzie pojazdy zostają poddane dokładnym oględzinom w celu znalezienia niedozwolonych produktów. Oczywiście nie wieźliśmy specjalnie zepsutego jedzenia – zawekowaliśmy kilka obiadów na drogę i akurat jeden felerny słoik z gołąbkami się nie zamknął, a dwudniowa jazda w upale bynajmniej nie pomogła mu w utrzymaniu świeżości. Nie zrzuciliśmy go także celowo – pani celnik była nieco nerwowa i kazała szybko  otwierać bagażnik, co… cóż, poskutkowało tym, że do końca swojej zmiany musiała wdychać nadzwyczaj nieprzyjemny dla nosa zapach. Ciekawi mnie tylko, co takiego musieli sobie pomyśleć o polskich smakołykach…

Ale przejdźmy już do zwiedzania i atrakcji, jako że Armenia i Gruzja to kraje niebywałe! Już na samym wjeździe do Gruzji coś się zmieniło. A zmieniło się… powietrze. Nie chodzi bynajmniej o powiedzenie typu „W Ameryce powietrze pachnie inaczej”. Różnicę stworzyła zmiana wilgotności. I to znaczną! Przenieśliśmy się w klimat wilgotny subtropikalny, charakterystyczny dla okolic Batumi, a kiedy zajrzeliśmy do aplikacji pogodowej, wskazanie było zaskakujące. Wilgotność na poziomie ponad 80%… zrozumieliśmy, o co chodzi. Wyobraźcie sobie, że tam całymi dniami jest tak wilgotno i duszno jak u nas tuż przed burzą. Nawet siedząc bez ruchu w miejscu, można było liczyć spływające po czole strużki potu. Szczęśliwie taki klimat był tylko przy Batumi, potem już wróciliśmy do lepiej nam znanego, niższego poziomu wilgotności. Poza pogodą na granicy zmieniło się jednak jeszcze coś – nie mogliśmy wszyscy przejechać przez nią samochodem. Pasażerowie musieli wysiąść i przejść odprawę celną pieszo, a kierowca zostawał w środku i był samotnym świadkiem przeszukiwania auta.

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 3

ReklamaAzja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 4
Najpiękniejsza noc w życiu – z widokiem na Kazbek

Powinniśmy przyjechać tu już dawno temu 

Kiedy już dojechaliśmy do Batumi, to okazało się, że to całkiem niezłe miasto! Jedno z największych w kraju, niesamowicie rozwinięte i wręcz kipiące bogactwem… ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zadbane, śliczne. I dobrze, że zaczęliśmy od niego, bo utwierdziło nas ono w przekonaniu, że Gruzja to państwo, w którym powinniśmy się znaleźć już dawno temu! 

Następnego dnia przejechaliśmy w stronę kanionu Okatse, który wyróżnia dziurawa kładka prowadząca nad przepaścią. No dobrze, może nie była dziurawa, ale zbudowana z nośnej kraty, która ma całkiem spore otwory. Dzięki temu widoki można było podziwiać, patrząc do przodu, na boki, do góry i w dół. Jeszcze lepsza atrakcja czekała na nas później – wyobraźcie sobie, że przenieśliśmy się do jednego z najpopularniejszych uzdrowisk w całym byłym ZSRR, w którym wczasował nie kto inny jak Józef Stalin! Oczywiście obecnie większość budynków stoi opuszczona, co bynajmniej nie było dla nas minusem, a wręcz ogromnym plusem! W całym miasteczku Ckaltubo znajdowało się około 20 uzdrowisk – my odwiedziliśmy kilka z nich, te najlepiej zachowane i najpiękniejsze. I wyobraźcie sobie tylko, jak śliczne miejsca są to teraz, a jakie musiały być kiedyś, gdy pociągiem prosto z Moskwy rocznie przyjeżdżało tu ponad 100 tys. kuracjuszy! 

Żeby jednak nie skupiać się tylko na urbexach, to pojedźmy do prężnie działającego miasta Kutaisi, znanego z lotniska i afery z UNESCO! Sprawa bardzo ciekawa, bo pomyślcie o katedrze  z XI w., ślicznej i o bogatej historii – nic dziwnego, że widnieje na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. Ale do czasu. Otóż Gruzini bardzo mocno wzięli sobie do serca przykaz, że mają o katedrę dbać. I tak o nią dbali i dbali, że w końcu… przesadzili i ingerencja w katedrę była na tyle wielka, że została ona wypisana z listy UNESCO! Kosmiczne, prawda?

A jako że na tym wyjeździe nietuzinkowe atrakcje pojawiały się jedna za drugą, to kolejne miasto, które odwiedziliśmy, było czyim rodzinnym miastem? Józefa Stalina. Dokładnie Gori, małe gruzińskie miasteczko, które słynie właśnie z tego osobliwego zaszczytu, statusu miasta rodzinnego dyktatora. Jest tam muzeum poświęcone Stalinowi, jest jego dom rodzinny i wagon kolejowy, którym podróżował, a do tego całe miliony pamiątek, każda „lepsza” od poprzedniej, oczywiście z podobizną znanego na cały świat przywódcy. Przed odwiedzinami Gori warto się przygotować na porządną dawkę propagandy.

Skoro już jesteśmy przy miastach, to nie mogę nie wspomnieć o Tbilisi, stolicy Gruzji. Nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać – czy może przepychu tak na pokaz, czy też biedy, a może odmienności? I wiecie, dotąd odwiedziłam wiele europejskich stolic, ale takiej jeszcze nie widziałam. Połączenie nowoczesności z historią, kultury z życiem codziennym – coś podobnego, a jednak tak oryginalnego. Tbilisi to miasto, które promieniuje spokojem i beztroską, a wszystko jest w nim takie „nieprzesadzone”. Zdecydowanie to punkt na globie z niepodrabialną duszą. A przejazd metrem pozostawił we mnie, jak by to powiedzieć, jeszcze większy podziw dla naszego, warszawskiego. To, jak bujało podczas podróży i jaki zapach się unosił w powietrzu, zostanie w pamięci. Nie było warunków, do których przywykliśmy jako Europejczycy, ale w kategoriach podróżniczo-poznawczych kurs tą podziemną koleją był unikalnym doznaniem, dopełniającym obrazu poznawanej przez nas części Azji. 

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 5
Nie ma to jak przejażdżka rozklekotaną bryką z Ormianami

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 6
Niezwykle ciekawym miejscem były pozostałości po sanatoriach

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 7
Pierwszy raz byliśmy tak wysoko!

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 8
„Rany, jak tu jest ślicznie!”

Rany, jak tu jest ślicznie

Na sam koniec opisu Gruzji pozostawiłam najlepsze miejsce, jakie odwiedziłam w życiu. Nie przesadzam, Kaukaz to miejsce tak klimatyczne, tak śliczne, że człowiek nie chce stamtąd wyjeżdżać. Wyobraźcie sobie, że spaliśmy z widokiem na Kazbek! Już po przebudzeniu i przetarciu oczu, najpierw ze snu, a później ze zdumienia, podziwiamy wszechobecne góry. Otaczają nas i poprzez efekt skali pokazują swoją potęgę. Zagraniczne kampery stojące po sąsiedzku w miejscu naszego postoju, dzikie konie biegające po równinach i słońce nieśmiało wyłaniające się zza chmur. To wcale nie idylliczny obraz. Raczej pejzaż natury w takiej formie, w której trudno odnaleźć ją w Europie. W efekcie tego zauroczenia część mojego serca zostawiłam właśnie tam. I wiem, że jeśli kiedyś jeszcze raz będę w Gruzji, to koniecznie muszę tam się ponownie zatrzymać.

Mimo że Gruzja jest majestatyczna i różnorodna (zwłaszcza jedzenie – chinkali to cud świata!), to jednak Armenia rozkochała nas w sobie do reszty.

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 9
W Armenii można się zachwycać

Kolejny powód, żeby się zakochać

Wjechaliśmy do Armenii i nagle… coś się zmieniło. W przedziwny sposób otoczenie przycichło, wypiękniało, a my prawie cofnęliśmy się w czasie. No cóż, Armenia nie należy do państw mlekiem i miodem płynących, ale zdecydowanie nie można jej odmówić uroku. Prosta sprawa – na ulicach nie natrafimy na wiele nowych samochodów, zwykle będą to co najmniej kilkudziesięcioletnie egzemplarze. Dla nas było to osobliwe, rodzice jednak mieli wrażenie, że cofnęli się w czasie i powrócili do lat dzieciństwa. Dla mnie i siostry była to możliwość zobaczenia w ruchu pojazdów, które w Polsce można spotkać już przede wszystkim w muzeach. I to sprawiło, że powoli zaczęliśmy zakochiwać się w Armenii. 

Wszystko było inne, tutaj mało co przypominało nam współczesną Europę.

Szybko się okazało, że pogoda w Armenii wcale nie będzie tak upalna, jak wszyscy zapowiadali. Wbrew pozorom czasem było całkiem chłodno, zwłaszcza wieczorami. A zawdzięczamy to wysokości – drodzy państwo, pewnie wiecie, jaką średnią wysokość nad poziomem morza ma Polska (ale dla pewności przypomnę – 173 m n.p.m.). To teraz wyobraźcie sobie, że w Armenii ta wysokość wynosi… 1800 m n.p.m.! Nieraz zdarzało nam się zasypiać na 2 tys. m n.p.m. albo wjeżdżać na wysokie góry zwykłą przelotową drogą. Co za tym idzie, poza znacznie przyjemniejszą pogodą mieliśmy także świetne widoki. I to jest kolejny punkt świadczący o niesamowitości Armenii. Kiedy każdy przejazd (nawet z jednej wsi do drugiej) gwarantuje lepsze widoki niż reklamowane w europejskich katalogach biur podróży, to wiecie, że jesteście w dobrym miejscu. 

Przygoda stała się bardziej intensywna wraz z rozpoczęciem zwiedzania. Przysięgam, że kiedy zajechaliśmy do pierwszego zaplanowanego miejsca, to nas zamurowało. Był to mały kościółek, który wyglądał i był położony zjawiskowo. Wywołał u nas wrażenie, jakbyśmy wchodzili do jednej z baśni – po prostu magia! Przed wejściem powiewały na wietrze trzy gigantyczne ormiańskie flagi, co dopełniło tutejszy krajobraz. Kolejny powód, żeby się zakochać.

Nieopodal znaleźliśmy odpowiednie wzgórze z wiatą i tam postanowiliśmy się zatrzymać na noc. Od tamtej pory dzień w dzień spaliśmy nad jakąś przepaścią, na wysokości, o jakiej nam się nie śniło. I oczywiście z niepowtarzalnym widokiem z okna.

Co warto zaznaczyć, Armenia jest najstarszym państwem chrześcijańskim na świecie. Była pierwszym krajem, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową. Miało to miejsce w 301 r., czyli znacznie wcześniej niż w Polsce. Poniekąd dlatego religia jest niezwykle ważnym elementem w życiu Ormian. Co naturalne, zwyczaje i obrzędy nieco się różnią od tych nam powszednich. Jedną z różnic jest wymóg odpowiedniego ubioru dla kobiet wchodzących do świątyń. Przed wejściem do kościołów należało zakryć włosy i nogi co najmniej za kolano. Odmienność obyczajowa i religijna sprawia, że najpopularniejszymi atrakcjami turystycznymi są tu miejsca kultu. Nie będę wymieniać nazwy każdego z nich – dla ciekawych lub planujących podróż do Armenii polecam zajrzeć na naszego bloga podróżniczego – obiezyswiaty4.com, gdzie znajduje się cała trasa ze szczegółami. 

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 10
Spacer po opuszczonym obserwatorium astronomicznym to jest to!

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 11
Tak jakby cofnąć się w czasie

Foto, foto

Teraz opowiem Wam historię, która sprawiła, że totalnie „przepadliśmy” w Armenii. Początkowo myślałyśmy, że rzeczywiście przepadniemy. Na dodatek fizycznie. Co ciekawe, mieszkańcy Armenii są przekonani, że nigdy nam nic z ich strony nie groziło, a nasze pierwsze podejrzenia wynikały jedynie z ostrożności. Ciekawie? To zaczynajmy. Już na etapie planowania Jula wiedziała, że po dotarciu w pobliże wulkanu Armaghan pojawi się problem. Nie było możliwości wjazdu na górę naszym Fiatem Ducato, bo droga od pewnego momentu nadawała się jedynie dla terenowych samochodów i to z doświadczonymi kierowcami. Pomyśleliśmy wtedy, że spróbujemy złapać stopa, czyli w praktyce kogoś, kto będzie stał nieopodal i zgodzi się nas podwieźć na górę. Moglibyśmy także wejść pieszo, jednak trasa w dwie strony zajęłaby nam niemal cały dzień, a my dojechaliśmy na miejsce po południu. Dojeżdżając, zauważyliśmy grupę mężczyzn przy samochodach. Postanowiłyśmy z Julą zapytać ich o możliwość podwózki. Przez tłumacza zapytałyśmy o cenę za nas dwie. Mężczyźni zaczęli się porozumiewawczo uśmiechać, wymieniać niezrozumiałe dla nas uwagi po ormiańsku, po czym zaproponowali, że jeśli we dwie, to za darmo. No cóż, trudno było się nie przestraszyć, dwie dziewczyny w grupie mężczyzn w tym rejonie świata mogą spodziewać się wielu złych rzeczy. Nawet nie wiecie, jak się wtedy myliłyśmy! Uznałyśmy tymczasem, że same we dwie na pewno nie pojedziemy i poszłyśmy do rodziców się skonsultować. Finalnie, trochę niepewni, uznaliśmy, że pojedziemy we czwórkę. I nawet nie uwierzycie, co to była za przygoda! Jazda starszym, rozklekotanym autem UAZ Patriot: czasem ostro pod górę, czasem po gigantycznych dziurach, czasem z myślą „czy my to w ogóle przeżyjemy?”. Ja byłam przekonana, że w końcu wylecę przez okno! A nasz kierowca prowadził wóz bez cienia obaw, jednocześnie cały czas zerkając w naszą stronę z szerokim uśmiechem na twarzy, tłumaczył coś i pokazywał. Żeby tego było mało, to tuż za nami zasuwało niebieskie autko – Łada Niva 4×4, już nieco wiekowa, ledwo trzymająca się kupy i z co najmniej pięcioma pasażerami na pokładzie, czyli resztą nowo poznanej ekipy. Szaleństwo. A gdy już dojechaliśmy na miejsce (po około 30–40 min jazdy), to poznaliśmy przyczynę ich zainteresowania. To my byliśmy dla nich atrakcją! Powtarzając „foto, foto”, czyli jedyne słowo „po angielsku”, które znali, dawali upust zainteresowaniu naszą nietypową w ich rejonie urodą. Robili sobie z nami selfie i tulili się jak Kubuś Puchatek do miodu. Od tamtej pory, gdy tylko któreś z nas usłyszy słowo „foto”, to pierwszym skojarzeniem jest właśnie Armenia. To jedno z takich wspomnień, które za 20 lat będziemy opowiadać przy świątecznym stole, wspominając różne historie ze wspólnych, rodzinnych podróży.

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 12
Niemal codziennie spaliśmy nad przepaścią, takie warunki gwarantuje Armenia

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 13
W Gruzji w miejscach kultu obowiązywał specjalny ubiór

Azja na czterech kołach. Nasza droga przez Gruzję i Armenię 14
Witamy w gruzińskiej stolicy!

Armenia to dobre miejsce

O Armenii można opowiadać bez końca. Popatrzcie chociażby na Zorats Karer – dawne obserwatorium astronomiczne! I to nie byle jakie, ponieważ są to po prostu kamienie z wydrążonymi otworami w pewnych miejscach, by można było przez nie oglądać konkretne gwiazdy. Albo przyjrzyjmy się mostowi wiszącemu Khndzoresk, tuż koło Azerbejdżanu. Nie dość, że jest to po prostu „coś, co wisi i się chybocze” (co już samo w sobie przyciąga masę entuzjastów), to jeszcze prowadzi prosto do skalnego miasta, które jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku było zamieszkane! Albo przejdźmy do klasztoru Chor Wirap, tym razem już koło Turcji. To tutaj był uwięziony Grzegorz Oświeciciel, który zapoczątkował chrześcijaństwo w Armenii (można wejść do lochu, gdzie nie ma tlenu i jest to głęboka dziura z wiekową, wąską drabiną jako jedynym sposobem ewakuacji), poza tym idealnie widać stamtąd górę Ararat, na której miała osiąść Arka Noego. Albo klasztor Geghard z niesamowitymi rzeźbami zwierząt, albo katedra w Eczmiadzynie, pełniąca funkcję ormiańskiego Watykanu. Nie zapomnijmy o Erywaniu – stolicy, która nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia jak Tbilisi, chociaż wygląda imponująco, zwłaszcza spod pomnika Matki Armenii, pod którym mieliśmy przyjemność spędzić noc. Jest nawet miejsce wpisane na Listę rekordów Guinnessa, czyli najdłuższa jednosekcyjna kolej linowa na świecie – Wings of Tatev! Dla Ormian wpis na taką szanowaną listę jest wielkim powodem do dumy i z tego też powodu niesamowicie się cenią.

Oba te miejsca utkwiły mi w głowie równie mocno, co gruziński Kaukaz czy chociażby przejażdżka na wulkan rozklekotaną bryką w towarzystwie Ormian. 

Ad extremum

W ciągu 27 dni przejechaliśmy 9562 km, wydaliśmy 9257 zł na cztery osoby i odkryliśmy dwa nowe dla nas kraje. A w jednym z nich totalnie się zakochałam! Niestety nie o wszystkich atrakcjach i wątkach podróży mogłam wspomnieć, ale takie już są surowe rygory papierowego magazynu. Mogę na koniec polecić ten kierunek. Pakujcie się i ruszajcie do Azji! Tylko ostrzegam – nie wrócicie tacy sami! Azja Was w sobie rozkocha i już zawsze będzie kusić.

Zuzanna Szewczyk

Artykuł pochodzi z numeru 6 (126) 2025 r. magazynu „Polski Caravaning”.

Chcesz być na bieżąco? Zamów prenumeratę – teraz jeszcze taniej i szybciej.


Redakcja06:00
Obserwuj nas na Google News Obserwuj nas na Google News