
Kiedy podróżowaliśmy z namiotem, wiedzieliśmy, że do auta pakujemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kiedy jechaliśmy w góry, nie braliśmy dmuchańców do wody czy parawanów, a kiedy nad morze – niepotrzebne okazywały się wszelkie górskie akcesoria. Z podziałem na ciepłe i zimne kierunki bywało różnie, bo zdarzały się wyjazdy, kiedy w Norwegii chodziliśmy w krótkich spodenkach, a w Portugalii w środku lata zakładaliśmy grube bluzy; zawsze jednak działaliśmy zgodnie z zasadą „im mniej, tym lepiej”.
Kiedy jednak po kilkunastu latach podróży przesiedliśmy się do przyczepy, okazało się, że możemy spakować znacznie więcej, jako że umożliwia nam to większa przestrzeń. Jedziemy na niziny – kto wie, może buty górskie też się przydadzą? A może w Grecji latem przydadzą się dodatkowe koce i grube kołdry do spania? A może jednak parawan to „must have” zimą w górach? Kto wie? Przecież może się przyda!
I tutaj właśnie wkraczamy w „przydasizm”, czyli skłonność do gromadzenia i pakowania rzeczy na zapas, bo przecież „przyda się”! Jeśli to określenie widzicie pierwszy raz na oczy, to prawidłowo. Właśnie je wymyśliłam. Idealnie opisuje to zjawisko, prawda?
Przyznaję, sama jestem „przydasiarą”, zwłaszcza w dziedzinie książek, bo tych na miesięczne wyjazdy potrafiłam brać nawet kilkanaście (szczęśliwie w pewnym momencie pojawiły się e-booki!). Podobnie było z ubraniami, sprzętami, zabawkami, grami i milionem innych rzeczy, które – jak wiadomo – przydają się w trakcie podróży. W końcu to nie weekendowy wypad za miasto, którego celem jest odcięcie się od codziennego życia i rutyny. Toż to już długi wyjazd, co najmniej kilkutygodniowy, niemal jak tymczasowe mieszkanie! Czemu więc sobie czegoś odmawiać i coś zmieniać w dotychczasowym stylu życia? Wszystko się przecież przyda.
Faktem jest, że moja rodzinka przyczepę poniekąd potraktowała jak składzik. W domu się nie mieści (a już z pewnością w domu się to nie przyda!), to siup do przyczepy. I tak po troszku, ziarnko do ziarnka i oto… miarka nie tyle się zebrała, ile się przebrała! W domu fajnie pusto, jest miejsce na inne rzeczy – bardziej codzienne, mniej wakacyjne, a przyczepa się cieszy, bo się przydaje, a i my mamy wszystko pod ręką. I wszystko byłoby pięknie – tylko co, jeśli nagle chcemy się przesiąść do vana?

Przydasizm to popularne zjawisko caravaningowe – w końcu wszystko się przyda!
Tutaj pojawia się problem – a jaki? Cóż, ano taki, że kamper ma to do siebie, że łatwo przybiera na wadze… a znacznie ciężej ją zrzuca. A jak już zrzuca sprawnie, to zwykle pod czujnym okiem policjantów i niedaleko wagi, która przed sekundą wskazała znacznie więcej kilogramów, niż powinna i już na zawsze będzie budzić skojarzenia. „Przecież nie musieliśmy brać aż tylu rzeczy!”. Mimo że kamperem podróżujemy już przeszło dwa lata, ani razu (i niech tak zostanie!) jeszcze nie zostaliśmy zważeni. Jednak nieraz ten temat przewija się w naszych rozmowach i zastanawiamy się, co możemy wyjąć z vana lub co jest nam niepotrzebne, by mieć zapas w razie kontroli i przejść ją bezproblemowo. I pewnego wieczoru, kiedy znowu wypłynął temat ważenia, moi rodzice wpadli na genialny pomysł – już wiedzą, co robić w sytuacji, gdyby jakimś cudem się okazało, że przekroczyliśmy dopuszczalną wagę i musielibyśmy zejść do właściwej. I niech Wam nawet przez myśl nie przemknie, że mogłyby to być normalne pomysły w stylu „spuścić czystą wodę ze zbiornika” – nie, nie, moi cudni rodziciele patrząc mi i siostrze w oczy, przyznali, że „No to co, jak będzie za dużo, to Zuza z Julą wysiadacie i idziecie dalej pieszo. Co wy na to?”. Oczywiście to żart! Ale tyle razy był przywoływany w różnych naszych rozmowach, że już dołączył do naszego stałego repertuaru dowcipów. Ale słuchajcie, rozwiązanie zawsze jest!

Kampery mają to do siebie, że łatwo przybierają na wadze, a nadzwyczajnie ciężko ją zrzucają
Wracając do naszego „przydasizmu” – przyznaję, przejście na kampera było nie lada gratką. Po pierwsze, wszystkie, wszyściuteńkie rzeczy, które przed kilkoma laty znalazły swoją siedzibę w schowkach w przyczepie, teraz wróciły do zapychania naszych domowych szafek (choć część opuściła nas już na zawsze i odbyła dalszą podróż kolorowymi kontenerami, a część przemierzyła świat, poszukując nowych właścicieli). Ale w końcu się udało – przyczepa była pusta. Równie pusty był świeżo kupiony kamper, do którego już kilka dni później powoli zaczęliśmy się wprowadzać. Tym razem wiedzieliśmy już jednak, że nie chcemy tych wszystkich rzeczy wkładać z powrotem do nowego domu na kołach, a przy tym oczywiście ciążyła nam kwestia wagi. Pojawiło się pytanie – co jest nam tak naprawdę potrzebne? Nagle okazało się, że nasz kochany parawan, ostatnio używany nad Bałtykiem w 2012 r., odchodzi na podróżniczą emeryturę i zostaje w domu. A trzeba mu przyznać, że razem z nami odwiedził więcej państw niż przeciętny Polak w ciągu życia, toteż decyzja o jego zostawieniu nie była najłatwiejsza! Podobnie ma się sprawa z piłką do siatkówki, która od kilku lat jest sflaczała i nie da się nią grać, a mimo to z nami jeździła, czy też z rozkładanym fotelem, który zajmował olbrzymią ilość miejsca, a w trakcie swojego żywota został użyty ledwie kilka razy. I z niewiadomych przyczyn te wszystkie rzeczy z nami jeździły, a ich amerykański sen zakończył się dopiero w momencie, gdy przerzuciliśmy się na vana, jako że w kamperze temat wagi i dostępnego miejsca jest, jak by to powiedzieć, cięższy i nieco bardziej wymagający.

Wiedzieliśmy, że wprowadzając się do vana, musimy wszystkie niepotrzebne rzeczy zostawić w domu
Gdy przeanalizowaliśmy kilka wyjazdów, okazało się, że na kempingu czy miejscówce do spania i tak chodzimy w klapkach i nie potrzeba żadnych specjalnych kapci czy dodatkowej pary butów. Podobnie doszliśmy do wniosku, że nawet jeśli w domu czasami w ruch idzie kilka garnków naraz, to w kamperze większa liczba naczyń jest totalnie niepraktyczna – wystarczy jeden, dwa garnki, a do tego patelnia plus kilka lekkich, być może silikonowych lub plastikowych naczyń i mamy pełną zastawę stołową! Zamiast upychać w szafki zapas ubrań na miesiąc i dokładać dodatkowy ciężar i objętość, wystarczy wziąć lekkie, szybkoschnące ubrania i je co jakiś czas prać (także ręcznie!).
Jasne, może to być niewygodne, ale mam wrażenie, że na tym zawsze polegał caravaning – na lekkiej niewygodzie, ale jednak z bliskością natury i przygodą. Chociaż jeśli chodzi o pakowanie – branie bielizny na zapas całkowicie rozumiem, przecież na trzy noce trzeba spakować co najmniej pięć par w razie wszelkich nieprzewidzianych sytuacji! Idąc dalej – suszarkę do ubrań bez problemu zastąpi linka przewieszona między drzewami, którą stali bywalcy kempingów z pewnością kojarzą, a być może i nieraz w taką linkę weszli (przyznaję, zdarzyło mi się) lub chcąc oszczędzić drogi, urządzili sobie pod nią indywidualny konkurs limbo (w tej konkurencji też brałam udział!).
Widziałam też taką poradę, że najlepiej pakować się z listą i to taką sporządzoną na poprzednim wyjeździe na podstawie analizy używanych rzeczy. Ale nie oszukujmy się – o ile niektórzy lubią tworzenie, a następnie odhaczanie po kolei punktów z listy, o tyle większość z nas niestety szybko porzuca taki pomysł na rzecz spontanicznego obładowywania się wszystkim, co wpadnie nam w ręce. Oczywiście nie wspominając już o tym, że tuż przed odjazdem trzeba okrążyć cały dom mniej więcej milion razy, by i tak wyjść z niego z przekonaniem, że czegoś na pewno się zapomniało. Może więc jednak warto o tej liście pomyśleć?
A jeśli rzeczywiście pojawi się sytuacja, kiedy ktoś na głos powie te przeklęte słowa „przydałoby się teraz mieć XYZ”, świetnie sprawdzi się improwizacja. Nagle się okazuje, że jedna trytytka zastąpi 10 innych przedmiotów, a z najgłupszych połączeń rzeczy stworzy się magiczny wynalazek, który zostanie z Wami na kolejne lata. W caravaningu nie chodzi o to, by mieć przy sobie milion gadżetów, tylko o to, by mając podstawowe przedmioty, a do tego głowę pełną pomysłów, poradzić sobie z każdą sytuacją. I wyjść z niej z uśmiechem na ustach, a niekiedy także i z historią do opowiadania znajomym przy ognisku.

Zamiast zabierania dużej ilości ubrań wystarczy je prać, a suszarki do ubrań zastępuje rozwieszona linka
Kiedy myślę, jak podróżuje mi się lepiej – czy z bagażnikiem wypchanym po brzegi sprzętami, czy jednak z mniejszą liczbą bibelotów – to nie potrafię jednoznacznie określić, co jest lepsze. Oczywiście wydaje się, że na koniec artykułu konkluzja powinna być jednoznaczna, ale myślę, że nie zawsze to, co wydaje się najlepsze, rzeczywiście takie jest, a przy tym każdy ma swoje grzeszki i to jest jak najbardziej OK, przecież nikt nie jest idealny! W skrócie – pamiętajcie o wadze, ale nie zapominajcie też o kulcie przydasizmu! Bo z jednej strony lepiej być, niż mieć, ale z drugiej – jak to mówią – od przybytku głowa nie boli.
Zuzanna Szewczyk
Artykuł pochodzi z numeru 3 (129) 2026 r. magazynu „Polski Caravaning”.
Chcesz być na bieżąco? Zamów prenumeratę – teraz jeszcze taniej i szybciej.